Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale „aż” zmieniło się na „tylko”, kiedy odpowiadam na pytanie, ile miesięcy zostało mi w Ciloto. A zostały tylko trzy i już boję się tego momentu, kiedy będę musiała pożegnać się z chłopcami. Z drugiej strony przyszła mi też ostatnio myśl, że pewnie gdybym została jeszcze dłużej, to nie byłabym w stanie się z nimi rozstać. To przewidział mój tata, gdy przed misjami zapytałam go, czego on najbardziej się boi w związku z moim wyjazdem. Zna mnie dobrze i wiedział, że posługa tutaj skradnie moje serce.
Praca w Makululu zmienia. Zawsze miałam problem z wdzięcznością – była to cnota, którą wcześniej praktykowałam siłą woli, ale nigdy nie wypływała ona ze mnie naturalnie. Miałam tendencję do niedoceniania tego, co mam, do ciągłego głodu czegoś więcej. Praca z chłopakami sprawiła, że ta wdzięczność w końcu wypłynęła z serca. Szczególnie doświadczyłam tego w Wielki Piątek. Od rana nikt nic nie jadł, o godzinie 10 poszliśmy na drogę krzyżową ulicami Makululu. Szło naprawdę dużo osób, nie było miejsca, żeby klękać na trawie – chłopcy oddawali mi swoje klapki, żebym miała na czym położyć kolana zamiast na kamieniach. W czasie drogi za rękę łapało mnie mnóstwo dzieci, gdy przechodziliśmy kolejne stacje. Połowę trasy szedł ze mną mały, pięcioletni Cezar, który ani razu nie narzekał, tylko dzielnie szedł do przodu. Po pięciu godzinach pielgrzymki wszyscy z marszu weszli do kościoła na Liturgię Męki Pańskiej. Podczas komunii pojawiły się łzy – ze szczęścia i z wdzięczności za to, ile mam. W pierwszej kolejności byłam wdzięczna za chłopaków z Ciloto. Za to, jacy są wspaniali. Za to, że Bóg pozwolił mi tu pracować, za to, że chłopcy w końcu mnie do siebie dopuścili, że mi zaufali. To stało się dużą częścią tego, że mogłam do mamy w końcu napisać: „Mamo, jest mi tu dobrze!”.
Praca w domu dla chłopców ulicy jest dużym krzyżem. Na początku wolontariatu czułam tylko jego ciężar. Teraz delektuję się tym, że to jarzmo jest słodkie. Chłopcy są niesamowici i za każdym razem, kiedy któryś z nich decyduje się na mnie otworzyć, czuję ogromną wdzięczność.
Myślę, że bardzo ważnym czynnikiem, który zmienił moje bycie tutaj na bardzo pozytywne, było zderzenie się z własną słabością i skruszenie oczekiwań. Kiedy czeka się na misje pół życia, wizje na ich temat są ogromne. Nie zostałam wolontariuszem dekady, który zmienił życie ludzi, zreformował lokalne oratorium i został stawiany jako wzór dla innych. Ja raczej ledwo uszłam z życiem, bo w styczniu rozważałam powrót do Polski, tak beznadziejna wydawała się moja posługa. I formalnie wiele się nie zmieniło. Nadal nie robię tutaj niczego konkretnego, nie organizuję, nie jestem odpowiedzialna za nic – Ciloto beze mnie sobie świetnie radzi. Jednak istotą mojego bycia tutaj jest obecność. I nic więcej nie jestem w stanie dać. Dopiero po kilku miesiącach, z łaską Bożą, do tego doszłam.
Chłopcy nadal potrafią dać w kość, obrazić, znieważyć, wzgardzić moją pracą. Jednak całokształt pozostaje niezmienny. To też dzięki temu, że nauczyłam się dystansować do tego, co robią i mówią. Bo wiem, że kiedy są źli, to nie na mnie personalnie – odzywają się ich przeszłe rany, zadane przez osoby, które ich skrzywdziły. Nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak cudowni są ci chłopcy, pomimo swoich trudnych historii. Potrafią kochać, mimo że sami tego nie doświadczyli. Są pełni życia i radości, mimo że przeszli przez tak trudne rzeczy, że obiektywnie mogliby być pogrążeni w wielkim smutku. Potrafią dawać coś z siebie, mimo że sami nie dostali w dzieciństwie minimum miłości, na które zasługiwali. Potrafią być zdolni i kreatywni, mimo że nie dostali przestrzeni do rozwoju, bo w jej miejsce walczyli o przetrwanie. Potrafią być dzielni i odważni, mimo że przeszli przez tyle, że mogliby dawno się poddać. Potrafią modlić się i ufać, mimo że ich historia życia mogłaby wskazywać na to, że Boga nie ma.
Mocno ufam w to, że to miejsce dla nich jest ratunkiem – ręką Boga, która ratuje ich serca od zatracenia, którego doświadczali na ulicy.
Posługa w Ciloto to dla mnie zaszczyt.
Kasia Więcek
pracuje na misji w Makululu, w Zambii
















