Dokładnie 3 tygodnie temu wylecieliśmy z Polski razem z Dominiką na misję do Kamerunu. W tamtym momencie nie za bardzo wiedzieliśmy, na co się piszemy, i staraliśmy się otworzyć na to, co Pan Bóg dla nas przygotował. Wizja szczytna, choć trochę abstrakcyjna 😉
Aktualnie mierzymy się z rzeczywistością, która nie zawsze jest łatwa. Jednak w myśl tego, z czym przyjechaliśmy, mamy nadzieję, że wiele spraw się poukłada, a my choć trochę wpiszemy się w ten Boży plan.
Z tej strony Grześ. Będę pisał o swoich odczuciach, bo niby jesteśmy tutaj razem jako małżeństwo, ale każde z nas przeżywa w środku coś zupełnie innego… Co nie znaczy oczywiście, że nie towarzyszą nam też wspólne refleksje.
W paru zdaniach postaram się tutaj streścić swoje pierwsze wrażenia i opowiedzieć, na czym polega moja/nasza praca na miejscu. Oczywiście nie da się opowiedzieć wszystkiego, więc rzucę zaledwie parę haseł.
Zaraz po wylądowaniu i wyjściu na lotnisko po bagaże dostrzegliśmy siostrę Claire. Miała na szyi identyfikator z lotniska i ciepło nas przywitała. Do tego stopnia, że po znalezieniu walizek (doleciały wszystkie) wzięła wózek z całym dobytkiem i skierowała się do wyjścia. Jako facet chciałem pomóc, bo przecież to wszystko jest ciężkie, ale salezjanka tylko puściła oko i kazała iść dalej gęsiego. W taki właśnie sposób uniknęliśmy kontroli po przyjeździe do Kamerunu.
Wniosek – jak masz znajomości, to z nich korzystasz (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Siostry są bardzo cenione przez wszystkie środowiska, każdy odnosi się do nich z ogromnym szacunkiem. Wynika to z faktu, że pracują dla społeczeństwa, a ludzie to widzą i doceniają. Poza tym często bywają na lotnisku, więc wszystkich tam znają.


Idąc do samochodu razem z siostrą Claire, Glorią (która jest postulantką) i Damelią (aspirantką, która razem z nami była odbierana z lotniska), mijaliśmy parę grupek młodych ludzi rozmawiających między sobą. Kiedy ich mijaliśmy, odwracali się do nas i proponowali drobne zakupy w postaci pączków, owoców albo wymianę waluty na lokalną. Ku naszemu zaskoczeniu zaczęli też wołać imię „Jezus” (to taki pierwszy znak, że jesteśmy na misji ;)). Wynikało to z połączenia brodatego białego człowieka z długimi włosami z siostrą salezjanką, poszło więc w skojarzenia.
Wniosek – ludzie tutaj są od małego wychowywani w wierze chrześcijańskiej, więc idea Kościoła jest im bardzo bliska. Największą grupą wyznaniową jest katolicyzm, potem protestantyzm. Jednak ze względu na to, że miasto jest ogromne (ludnościowo mniej więcej jak Warszawa), można tutaj spotkać bardzo wiele różnych wyznań, na przykład islam albo tradycyjne religie afrykańskie.
Na placówkę jechaliśmy samochodem. Nie było daleko, bo jakieś 16 kilometrów. Na początku autostrada, potem wjazd do miasta i korki. Ale takich korków jeszcze w swoim życiu nie widzieliśmy. Zasady ruchu drogowego, jakie znamy, tutaj nie obowiązują (no, może ruch prawostronny, choć też nie zawsze). Każdy musi walczyć o swoje miejsce w kolejce, wszyscy więc wpychają swój samochód, gdzie tylko dostrzegą jakąś niezagospodarowaną przestrzeń. Klakson jest używany, aby oznajmić: „nadjeżdżam, uważajcie”. No, a tam, gdzie samochód się nie zmieścił, wjeżdża motor, na którym jadą 3 osoby (motoman i dwoje pasażerów).
Nasza podróż trwała dobrą godzinę, po czym dojechaliśmy do końca asfaltu. Wtedy zaczęła się część, gdzie wrażeń było najwięcej. Jechało się takim trochę wąwozem, gdzie droga jest w dole, a budynki wyżej, do tego mnóstwo wybojów i nierówności, a miejscami odkryte rury doprowadzające wodę do naszej dzielnicy Mimboman! Nie trwało to długo, bo może z 10 minut, ale wytrzęsieni zostaliśmy dogłębnie.
Wnioski – jeździ się tutaj zupełnie inaczej, co nie znaczy, że gorzej. Niestety, często ze względu na brak uporządkowania dochodzi tutaj do wypadków i kolizji, więc większość samochodów jest poobijanych, a poszkodowani mierzą się z problemami zdrowotnymi. Co do drogi, tam, gdzie asfalt się skończył, dowiedzieliśmy się później, że miasto od 20 lat obiecuje remont. Niestety, na obietnicach się kończy, a regularne deszcze wymywają kolejne warstwy ziemi. Stąd wąwóz i droga ponad metr niżej niż zabudowania.


Nasze obowiązki klarowały się do drugiego tygodnia, choć wszystko było wcześniej zaplanowane, trzeba było tylko dogadać szczegóły i wdrożyć plan w życie. Nadmienię tylko, że nasza placówka (Zgromadzenie Sióstr Salezjanek Księdza Bosko, Dziewcząt Maryi Wspomożycielki – Mimboman) obejmuje dom sióstr (8 sióstr, 3 aspirantki, 1 postulantka), przedszkole, szkołę podstawową i centrum kształcenia zawodowego o profilu hotelarskim (CFP).
Na pierwszy rzut dostaliśmy zadanie, aby przejrzeć komputery w domu, a potem w centrum i szkole podstawowej. Doświadczenie ciekawe, bo technologia dosyć stara, nie wszystko funkcjonujące, trzeba było kombinować, gdzie jaka część działa, i w którym gniazdku jest prąd. Choć nie jesteśmy ekspertami w dziedzinie, to jakoś daliśmy sobie radę i odświeżyliśmy sprzęt, na którym teraz uczą się dzieciaki.

Do naszych obowiązków należy praca w dwóch placówkach. Pierwsza to szkoła specjalna Promhandicam – chodzimy do niej razem. Dominika pomaga w prowadzeniu zajęć w najstarszej grupie, a ja mam prowadzić rehabilitację dzieci. Na tę chwilę jeszcze się wdrażam, bo system jest inny niż u nas. Wszyscy pacjenci przychodzą do specjalistów prywatnie, diagnostyka jest więc droga i często problemy są przedawnione. Do tej pory więc głównie obserwowałem, jak ktoś pracuje, a sam miałem zaledwie kilku pacjentów.
Problemem jest dla mnie też brak biegłego posługiwania się językiem francuskim (nie mówiąc już o języku medycznym). Mam często problem ze zrozumieniem tego, co ktoś do mnie mówi, a sam nie do końca potrafię przekazać, co mam na myśli. Na szczęście ludzie są (jeszcze) wyrozumiali i okazują dużą wdzięczność.
Druga placówka to szpital, stosunkowo mały, ale ceny są w nim bardziej przystępne niż w większych obiektach, dlatego ruch jest spory. Moim zadaniem jest praca w gabinecie fizjoterapeutycznym. Tutaj pacjenci bardzo podobni jak w Polsce – zwyrodnienia, bóle kręgosłupa i kolan. Jedyna większa różnica to wiek. Średnia długość życia to około 65 lat, więc znacznie mniej jest pacjentów starszych, przeważnie mają oni 50-55 lat.


Pracuję razem z chłopakiem, odrobinę ode mnie młodszym, który jest świetnym specjalistą – dostał się na studia w Belgii i aktualnie czeka na wizę. Ze względu na fakt, że mamy tylko jeden stół, wymieniamy się doświadczeniami i obserwacjami. Z pewnością nie jestem tam niezbędny, ale na pewno jest to dla nas obu ciekawe doświadczenie.
Poza tym mamy jeszcze prowadzić angielski w przedszkolu 3 × 30 minut i 2 h dla drugiego roku CFP. Rok szkolny jednak zaczął się dopiero tydzień temu i jeszcze nie ruszyły regularne zajęcia, więc o tym napiszemy innym razem.
Jeszcze słowo o siostrze Claire. Jest cudowna! Zawsze ma tysiąc spraw na głowie, a i tak każdego wysłucha, zapyta o zdanie, no i najzwyczajniej w świecie jest ludzka, radosna, uśmiechnięta i uwielbia żartować (z Dominiką, bo ja jeszcze nie rozumiem wszystkich żartów).
Dziś mamy dzień wolny, więc korzystamy z możliwości odespania, a po południu będziemy robić wraz z Damelią ciasto urodzinowe dla Glorii.
Pozdrawiamy!
Grzegorz Duda,
pracuje na misji w Kamerunie












