Na naszej placówce w Jubie znajduje się wiele dzieł salezjańskich, a jednym z nich jest Don Bosco IDP Camp Gumbo. IDP czyli internally displaced persons, to osoby, które musiały opuścić swoje domy, ale nie przekroczyły granicy własnego państwa. W tym przypadku wszyscy mieszkańcy campu pochodzą z Sudanu Południowego.

Obóz powstał w 2013 roku, kiedy w Sudanie Południowym wybuchła wojna domowa. Ludzie uciekali przed walkami i szukali bezpiecznego miejsca dla siebie i swoich rodzin. Znaleźli je między innymi tutaj, przy placówce salezjańskiej. W tym momencie mieszka w campie około 4 tysięcy osób, czyli mniej więcej 600 rodzin.

Mimo upływu lat powrót do własnego domu dla wielu z nich nadal jest bardzo trudny. Domy, które zostawili, są zniszczone, a w miejscach, z których pochodzą, brakuje szkół i dostępu do opieki medycznej. Sam powrót oznaczałby więc konieczność zorganizowania życia od początku, często bez podstawowych warunków potrzebnych rodzinie.

Jest to społeczność całkiem dobrze zorganizowana. Obóz podzielony jest na dwie części, stary i nowy camp, a dalej na osiem mniejszych bloków. Każdy z nich ma swojego lidera, który musi wiedzieć mniej więcej, co dzieje się w jego części. Kto jest chory, kto potrzebuje pomocy, gdzie pojawił się konflikt albo co trzeba posprzątać. W każdą sobotę organizowane jest też wspólne sprzątanie całego obozu.

Poza liderami są jeszcze grupy zajmujące się konkretnymi zadaniami, na przykład wodą, higieną czy bezpieczeństwem. Jedną z nich jest straż obozowa, składająca się z samych mieszkańców. Pilnują wejść, żeby na teren nie dostawały się osoby niepożądane, ale dbają też o bezpieczeństwo wewnątrz obozu. I to właśnie straż jest jedyną taką grupą, która otrzymuje od salezjanów regularne wynagrodzenie. Pozostali za swoją pracę mogą dostać na przykład trochę większą pomoc podczas rozdawania żywności.

Zbliżając się do obozu, widzi się dzieciaki grające w piłkę, wspinające się na drzewa, a czasami pompujące wodę z pobliskiej studni, żeby pomóc rodzicom. Wszystko to robią w swoim własnym towarzystwie, ale też w towarzystwie krów, których wokół obozu jest naprawdę dużo.

Niektóre wyglądają tak jak te, które widziałem już wiele razy w Europie. Inne jednak zupełnie inaczej. Mają ogromne, grube rogi wystające po obu stronach głowy, których rozpiętość potrafi znacznie przekraczać metr.

W samym obozie od razu można spotkać sprzedawców oferujących bułki, lizaki albo różnego rodzaju napoje. Takich małych stoisk jest na całym terenie całkiem sporo.

Można kupić też ubrania. Krawcowe kupują materiał i szyją z niego własne wyroby, lokalne kitengi. Kolory i wzory tych materiałów mogą wskazywać, z jakiej społeczności pochodzi dana osoba.

Sam obóz składa się z dziesiątek, a właściwie setek domów – namiotów. Chociaż kiedy patrzy się na część z nich, trudno sobie wyobrazić codzienne mieszkanie w takich warunkach. Bardzo często są to po prostu drewniane pale wbite głęboko w ziemię, a wokół nich rozciągnięte to, co akurat udało się zdobyć. Plastik, materiał, plandeka, kawałki blachy.

Konstrukcję podtrzymują deski. Ściany i dachy są zrobione z różnych materiałów, czasami każda część z czegoś innego. Niektórzy mogą sobie pozwolić na bardziej solidny domek z gliny czy ziemi, ale takich domów jest zdecydowanie mniej.

Utrzymanie tych namiotów jest jednym z codziennych problemów mieszkańców. Plastik, którym są osłonięte, powinien być wymieniany mniej więcej co trzy miesiące. W praktyce często pozostaje na miejscu znacznie dłużej, mimo że jest już zużyty i coraz gorzej chroni przed deszczem.

Kiedy wchodzi się dalej, trafia się do ogromnego labiryntu alejek, zakrętów, domków i niewielkich zagród. Między nimi jest też kilka większych placów. Na tym najbardziej centralnym rośnie ogromne drzewo, przypominające baobab.

Przed namiotami rodziny przygotowują posiłki. Każda gotuje dla siebie, na prostych paleniskach lub kuchenkach opalanych ogniem. Toalety są wspólne, natomiast miejsca do mycia mieszkańcy organizują przy swoich domach. Rodziny stawiają niewielkie ogrodzenia, które zapewniają trochę prywatności i właśnie tam się myją.

Chodząc po obozie, bardzo szybko zauważa się jednak przede wszystkim dzieci. Jest ich naprawdę dużo i właściwie cały czas któreś na ciebie patrzy. Obserwują każdy ruch, każdy gest, podchodzą się przywitać, a czasami idą za tobą przez kilka kolejnych alejek, ciekawe, gdzie idziesz i co będziesz robił.

I właśnie dzieci są jedną z tych grup, którym salezjanie starają się tutaj najbardziej pomagać. Dzieciaki z campu nie płacą za naukę w szkole. Rodziny co miesiąc dostają żywność, a mieszkańcy mogą też korzystać z darmowej opieki medycznej w klinice prowadzonej przez siostry salezjanki.

Ta pomoc jest cały czas potrzebna. Mimo regularnego wsparcia żywności czasami brakuje, a możliwości opieki na miejscu również są ograniczone.

Mieszkańcy próbują też sami pracować i zarabiać. Część szuka pracy poza placówką, inni znajdują ją tutaj. Mężczyźni pracują przy budowach, remontach i różnych naprawach, bo teren ośrodka poza samym obozem jest ogromny i cały czas jest coś do zrobienia. Kobiety mogą pracować na przykład jako kucharki w szkołach.

Pracy jest jednak znacznie mniej niż osób, które jej potrzebują. Część mieszkańców ze względu na swój wiek nie jest już w stanie zarabiać na utrzymanie. Chodząc alejkami, można zobaczyć starszych ludzi siedzących przez wiele godzin przed namiotami albo odpoczywających w środku dnia. Dla nich wsparcie z zewnątrz jest szczególnie ważne.

I mimo tych warunków, mimo tego, że duża część ludzi mieszka między kawałkami plastiku i blachy, kiedy tam chodzę, najbardziej zauważam codzienne życie. Trudności nie znikają, ale podczas moich odwiedzin to nie smutek jest najbardziej widoczny.

Dzieciaki się bawią, rodzice rozmawiają ze sobą i się śmieją. Gdzieś gra radio, ktoś kogoś woła, ktoś sprzedaje bułki, ktoś woła dzieci do domu.

Ludzie po prostu żyją.

Piotr Siwik
pracuje na misji w Jubie, w Sudanie Południowym