Jestem w Etiopii dopiero trzy tygodnie, a mam wrażenie, że każdego dnia uczę się patrzeć na świat od nowa.

Wydawało mi się, że przygotowałam się na ten wyjazd. Słuchałam świadectw wolontariuszy i misjonarzy, oglądałam zdjęcia, czytałam. Wiedziałam, że będzie biednie. Ale można wiedzieć i można zobaczyć, a to nie jest to samo.

Razem z Amelką i czwórką wolontariuszek z Polski prowadzimy summer camp dla dzieci mieszkających w slumsach. W każdej klasie jest ponad pięćdziesięcioro dzieci. Dla mnie, czyli osoby, która studiuje pedagogikę i na co dzień pracuje w przedszkolu, to doświadczenie jest niezwykle poruszające.

Sale są bardzo skromne. Większość miejsca zajmują drewniane ławki. Nie ma kolorowych dywanów i półek pełnych zabawek. Nie ma miejsca na swobodną zabawę, choć przecież to właśnie ona jest naturalnym językiem dziecka.

Patrzyłam na to i porównywałam tę rzeczywistość z Polską – z miejscami, gdzie dzieci mają tak wiele możliwości, a my tak często zastanawiamy się, czego jeszcze im potrzeba… Ale przecież nie mogłam zatrzymać się tylko na tym, czego tutaj brakuje. Bo patrząc wyłącznie przez pryzmat braku, można przeoczyć całe piękno, które jest obecne. A jest coś tu niezwykłego – wszędzie panuje radość. Dzieci cieszą się z przybicia piątki. Z tego, że ktoś usiądzie obok nich, przytuli, zagada. Tak niewiele potrzeba, żeby na ich twarzach pojawił się uśmiech.

Jeszcze bardziej porusza mnie wdzięczność rodziców. Dla mnie to zaledwie kilka godzin spędzonych z dziećmi, ale dla nich jest to coś znacznie więcej – świadomość, że ich dziecko jest bezpieczne, że ktoś poświęca mu czas, że może się rozwijać i po prostu być dzieckiem. To pokazuje mi, jak często rzeczy, które dla nas są zwyczajne, dla kogoś innego mogą być ogromnym darem.

Są jednak obrazy, których nie da się zapomnieć. Kilka dni temu podczas zajęć jedno z dzieci zasnęło na ławce. Innego dnia zobaczyłam dziewczynkę jedzącą liście i patyk. Spotkałam chłopca, którego ubrania były tak zniszczone i brudne, że trudno było nie zatrzymać na nich wzroku. Widziałam dzieci śpiące na ulicy. Te chwile zatrzymują mnie i odbierają mi wiele prostych odpowiedzi. Bo łatwo jest patrzeć z daleka i mówić, że oni mają mniej. Ale zdecydowanie trudniej jest zobaczyć człowieka i jego historię.

Jednak tutaj, gdzie jest najmniej, bardzo łatwo dostrzec wdzięczność. Bo gdzie człowiek posiada niewiele, potrafi cieszyć się najbardziej zwyczajnymi rzeczami. I tutaj codziennie tego doświadczam.

Ludzie zapraszają nas do swoich domów i dzielą się z nami tym co mają. W Polsce często zastanawiamy się, czego jeszcze nam brakuje. Tutaj po prostu uczę się pytać, ile dobra już otrzymałam.

Ogromnie porusza mnie również niedzielna Eucharystia. Trwa dwie i pół godziny. Nikt nie patrzy nerwowo na zegarek. Nikt się nie spieszy. Nie ma rutyny – jest życie. Widać ludzi, którzy naprawdę chcą być Kościołem. Jest w tym coś niezwykle prostego i jednocześnie bardzo głębokiego.

Tutaj również codziennie coraz bardziej zaczynam rozumieć, że prostota nie oznacza braku – oznacza wolność. Wolność od przekonania, że szczęście zależy od tego, ile posiadamy.

Wyjeżdżając na misję myślałam, że jadę do Etiopii żeby dawać coś od siebie. A coraz bardziej odkrywam że to ona mnie obdarowuje i przypomina, że można mieć bardzo niewiele i jednocześnie być bogatym w to, co najważniejsze – miłość, wdzięczność, obecność.

Anna Brejnak,
pracuje na placówce misyjnej w Dilla, w Etiopii