Koniec roku i początek nowego, mimo wielu dobrych i miłych momentów wiązał się dla mnie też z pewnym brakiem. Straciłem swój Skarb. Łaska i Szczęście mnie opuściły.

Na szczęście już je odzyskałem, wróciły do szkoły po świątecznej przerwie, bo są to imiona moich ulubionych dziewczynek: Harena, Fahasoavana i Feliciana. Bardzo mi się podobają imiona jakie ludzie dają tu swoim dzieciom, najczęściej są to właśnie jakieś piękne słowa, albo imiona postaci biblijnych. Karolina wśród swoich uczniów ma na przykład Janka Bosko, ja uczę Eliasza, mamy tu też sporo Janów Chrzcicieli i jednego Anioła, ale moim ulubionym imieniem dla dziewczynki jest Fitiavana co znaczy po prostu “Miłość”. Nazwę tak kiedyś swoją córkę, jeśli będzie mi dana. To właśnie dzieci są dla mnie największym skarbem Madagaskaru. Obserwując je bardzo dużo uczę się też o swojej relacji z Bogiem.

Lekcja zaufania – autobusy w godzinach szczytu bywają tu strasznie zapchane. Często w takiej sytuacji zdarza się, że rodzic daje swoje dziecko do przodu, obok kierowcy, gdzie jest trochę luźniej, a sam wsiada z tyłu gdzie jest bardzo ciasno. Obserwowałem kiedyś jednego takiego chłopca, który mimo, że został sam i nie widział swojego taty, był bardzo spokojny, bo był przekonany, że tata jest i przyjdzie po niego w odpowiednim momencie. Chciałbym i ja tak ufać, że Bóg jest zawsze niedaleko mnie, nawet jak Go nie zauważam.

Lekcja miłości i pokory – lubię chodzić na Msze dla dzieci, lubię też przed Mszą wyjść przed kościół, bo zawsze wtedy jakieś dzieci złapią mnie za rękę i zaprowadzą do ławki, żeby siedzieć razem z nimi. Tym razem była to jedna dziewczynka, jak już siedzieliśmy w ławce poprosiła mnie o telefon, bo chciała porobić zdjęcia świątecznym ozdobom, które pojawiły się w naszym kościele. Było jeszcze trochę czasu i uznałem, że da jej to sporo radości, więc się zgodziłem. Kiedy Msza się już zaczynała zabrałem jej telefon. Na początku siedziała spokojnie, lecz po pewnym czasie zaczęło jej się nudzić i znów chciała robić zdjęcia, na co już się nie zgodziłem. Zaczęła mnie wtedy tak dyskretne kopać, szczypać i gryźć. Myślałem, że to zniosę bez reakcji, ale jednak dzieci potrafią sprawić ból jeśli bardzo chcą, więc musiałem od czasu do czasu odciągać jej zęby od mojej ręki. Mimo wszystko miałem w sobie dużo pokoju, cierpliwości i miłości do niej, próbowałem na ból odpowiadać głaszcząc ją po głowie, co stanowczo odrzucała, ale przede wszystkim tak po prostu przy niej byłem, przyjmując ją taką jaka jest. Na koniec mieliśmy moment pojednania, bo zauważyłem, że bardzo chce wrzucić pieniądze do skrzyneczki na ofiarę, więc poszliśmy i wrzuciliśmy mój banknot razem. Dostrzegłem w tej dziewczynce siebie. Zdarza mi się podobnie traktować Boga. Kopię Go, szczypię, gryzę, mówię, że źle mnie traktuje i jest dla mnie niedobry kiedy nie chce mi dać czegoś co w moich oczach jest mi potrzebne. A On wiedząc lepiej broni mnie przed moimi zachciankami i cierpliwie znosi moje humory. Przez cały czas patrząc na mnie z miłością.

Lekcja obecności – lubię czasami wracać do domu nowymi drogami, pewnego razu w ten sposób znalazłem się obok jednej szkoły, z której właśnie wychodziły dzieci, kiedy szedłem dalej przez pole jedna mała dziewczynka zrównała swój krok z moim, złapała mnie za rękę i szliśmy tak razem przez kolejne 10 minut, bez słów. Ja jej nie znałem, nie wiem czy ona znała mnie. To było bardzo miłe doświadczenie i myślę, że obojgu nam się szło wtedy o wiele przyjemniej. Kiedy doszliśmy do głównej drogi nasze kierunki się rozeszły i pomachaliśmy sobie na do widzenia. Uczy mnie to, że czasami wystarczy po prostu być. Nie bez powodu Bóg przedstawia się słowami “Jestem, który Jestem”.

Lekcja czułości i bliskości – trotroina (czyt. czuczuna) to słowo, które często tu słyszę. Mówią je dzieci kiedy chcą, żeby wziąć je na ręce. Bywają sytuacje kiedy stoi przede mną gromadka dzieci z rękami wyciągniętymi do góry powtarzająca w kółko “trotroina”, więc staram się podnosić je po kolei chociaż na chwilę. Kiedy brakuje mi już sił, zaczynam je łaskotać, wtedy one, żeby się bronić, zaczynają trzymać ramiona przy sobie, ale jednocześnie nadal próbując trzymać ręce w górze. Zabawny to widok i bardzo uroczy, uczy mnie jak bardzo ważna jest czułość, że czasem mimo ryzyka dyskomfortu warto się o nią starać. Jedną dziewczynkę w płaczu, a drugą w chorobie, wziąłem kiedyś na ręce, pierwsza usnęła, druga bardzo źle się czuła. W obu przypadkach uznałem, że to jest moje zadanie na najbliższy czas. Obie uczyły mnie jak się troszczyć. Chciałbym i ja nauczyć się w swoich trudnościach przychodzić do Boga mówiąc “trotroina” i pocieszyć się tym, że trzyma mnie wtedy w swoich ramionach

 

Lekcja radości – raz zamiast lekcji, dzieci dostały zadanie, żeby przenieść drewno do kuchni, uznałem, że do nich dołączę. Nosiliśmy je po dwie osoby na prowizorycznych noszach z dwóch listewek. Ja nosiłem z jedną dziewczynką. To co nosiliśmy we dwójkę mógłbym spokojnie złapać w jedną rękę i zanieść gdzie trzeba, ale uznałem że nie o to chodzi w mojej aktualnej pracy, że chodzi bardziej o obecność, o robienie czegoś razem. Mieliśmy też sporo przerw, na jednej z nich dziewczynki nałożyły mi na głowę kawałek ubrania, który wyglądał trochę jak welon, przyozdobiły kwiatkami i mówiły, że wyglądam jak siostra zakonna (masera). Przyjąłem tę rolę i od tego momentu wszystkim przedstawiałem się jako “masera Mari”, a jeśli ktoś mówił na mnie “Bartek” to go poprawiałem. O wiele lepiej upłynął nam ten czas pracy. Uczy mnie to szukania radości nawet w pozornie monotonnych rzeczach.

Lekcja podsumowująca – tutaj odmawiając wspólnie “Ojcze nasz” wszyscy podnoszą przed siebie puste dłonie, w geście przyjmowania darów od Boga. Pewnego razu podczas Mszy, jeden chłopiec i dwie dziewczynki bardzo sobie mnie upodobali i przez większość czasu trzymali mnie za ręce, więc kiedy przyszedł czas na “Ojcze nasz” i podniosłem swoje ręce przed siebie to wyjątkowo nie były puste, były w nich trzy małe rączki. Zupełnie inaczej zabrzmiały mi wtedy słowa “chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.

Bartek Strukowski
pracuje na misji w Fianarantsoa, na Madagaskarze