Pod koniec zeszłego tygodnia dostarczyliśmy do Lwowa maszyny przemysłowe do szycia. Zorganizowała je dla pani Oli jej rodzina mieszkająca w Polsce. Pani Ola organizuje grupy kobiet, które przychodzą do szwalni i pracują wolontaryjnie na dwie zmiany. Szyją niezbędne wyposażenie dla wojska. Na poranną zmianę przychodzi ich 15, potem zmiana druga i kolejne 15 kobiet w różnym wieku siada do maszyn i szyje do nocy. Kończą o 23.30. Jest już wtedy godzina policyjna. Najstarsza wolontariuszka, pani Halinka ma 77 lat. Nie odrywając się od szycia, z żalem w głosie mówi: „Co my tej Rosji zrobiliśmy”. Przychodzi codziennie i pracuje do późna. Pani Ola, gdy wraca do domu tak późno, ciągle się modli, żeby nikt jej nie zatrzymał.

Kobiety szyją kamizelki dla wojska. Część kobiet pracuje na co dzień w innych miejscach. Inne przez wojnę straciły pracę i są bezrobotne. I jedne, i drugie przychodzą do szwalni i pomagają. Jak pani Ola, która ma swój prywatny zakład krawiecki i pracuje w nim do popołudnia. Po swojej pracy wsiada w samochód i przyjeżdża tutaj. Wszystkie mają rodziny, dzieci.
Mężowie zaangażowani są w obronę terytorialną. Patrolują miasto. Biorą udział w ćwiczeniach wojskowych. W międzyczasie pracują w swoich zawodach, jak mąż pani Oli, który jest lekarzem.

Z tego miejsca, oprócz sprzętu dla wojska, wysyłana jest też pomoc humanitarna do najbardziej potrzebujących miast i wsi na Ukrainie m.in. do Charkowa, Mariupola. Wyjaśniają: „Ludzie przykuci są do łóżka, nie mogą uciec.”

Pani Ola ze łzami w oczach mówi: „Bardzo, bardzo dziękujemy. Bardzo dziękujemy za modlitwę. Wiemy, że wszyscy modlicie się za nas. Gdyby nie to, już byśmy padli. I za te wszystkie dary… bo naprawdę… niełatwo nam tutaj. My musimy być tutaj i pracować. Nie możemy wszyscy wyjechać. Bo ktoś tutaj musi być. Codziennie rano dzwonię, piszę, że żyjemy. Wieczorem… jestem, żyjemy.”

Dary od Was trafiły też do dwóch miejsc w Karpatach, oddalonych ok. 100 km od Lwowa. Ulokowani są tam uciekający przed wojną, głównie z Charkowa i Zaporoża. Są mamy z małymi dziećmi. Najmłodsze ma miesiąc. Są też osoby starsze i osoby niepełnosprawne na wózkach inwalidzkich. Część żywności dla dzieci wolontariusze zawiozą na wschód Ukrainy do Sum.

Część potrzebnej pomocy humanitarnej zostawiliśmy u salezjanek. Wśród nich leki i materiały medyczne. Nasze salezjanki nieustająco przyjmują dary leków. Sortują je. Bandaże z bandażami. Leki od przeziębienia osobno, antybiotyki osobno. Po czym przyjeżdża pan Olek, mąż pani Oli, ogląda leki i rozwozi dalej… część przez wolontariuszy trafia na front, część do szpitali wojskowych dla rannych żołnierzy, a część do szpitali na miejscu. Ludzie dalej chorują. Teraz ci chorzy są na drugim planie.

„Cokolwiek by nie było i ile by nie było, to nie można powiedzieć, że już jest zabezpieczone. Ukraina wciąż potrzebuje pomocy medycznej. Wszystko co przychodzi, przychodzi z zagranicy” – mówi s. Jolanta.


Fot. I. Błędowska