Kiedy to piszę, do mojego wyjazdu zostało 18 dni. To zdecydowanie bliżej końca mojej misyjnej drogi w Luwingu, ale jak wszystko, również i ona kiedyś musi się zakończyć.

Czas tutaj był i nadal jest dla mnie obfity w łaskę. Od początku, mimo zupełnie innych obowiązków, na które byłem przygotowany, okazało się, że będę uczyć w szkole – przede wszystkim matematyki i informatyki. Ku mojemu zaskoczeniu, nie sprawiało mi to większych problemów.

Odkryłem, jak wielką radość i poczucie spełnienia daje mi nauczanie dzieci w szkole, mimo tego, że czasem bardzo opornie przyswajają wiedzę, dużo rozmawiają i traktują cię jak kolegę, a nie nauczyciela. Było to dla mnie ważne doświadczenie zobaczyć tę drugą perspektywę, gdzie jako uczeń technikum zazwyczaj sam siedzę po drugiej stronie, robiąc to samo.

Od samego początku zadawałem sobie pytanie: co mogę zrobić, aby sprawić, żeby dzieciaki czuły się kochane i czuły, że chcę z nimi tutaj być? Siedząc na murku w miejscu, gdzie zazwyczaj prowadzimy zajęcia sportowe i spotykamy się z dzieciakami w oratorium, przyszła mi do głowy myśl, aby przeczytać po raz kolejny List księdza Bosko z Rzymu. Utkwiło we mnie jedno dobrze znane zdanie: „Żeby chłopcy nie tylko byli kochani, ale żeby oni sami poznali, że są kochani”. W tym zdaniu zawarte jest jedno bardzo ważne słowo: OBECNOŚĆ.

I to naprawdę działa.

Niecały miesiąc temu poznałem chorego chłopca, którego imienia dalej nie znam. Ma problemy z agresją i wymową oraz częściowo sparaliżowaną twarz, przez co bardzo się ślini. Z początku był bardzo nieufny, tylko się patrzył i nic nie mówił. A gdy ostatnio bawiliśmy się w oratorium, zauważyłem uśmiech na jego twarzy, po tym, jak nasz wzrok się spotkał.

Każda chwila spędzona z tym chłopcem powoli go otwierała. Na początku kopał piłkę, nie okazując zbytnio żadnych emocji, potem mnie zaczepiał, śmiejąc mi się w twarz, a w końcu sam zaczął szukać kontaktu i często towarzyszy w ciszy, uśmiechając się.

Z początku inne dzieci go nie akceptowały. Był ofiarą ostracyzmu, był odpychany od zabaw, a inne dzieci odwracały moją uwagę od niego. Było to też spowodowane tym, że brzydko pachnie. Jednak gdy zacząłem włączać go do zabaw, inne dzieci również zaczęły go szanować i bawić się razem z nim.

Dlatego cieszę się, że znalazłem żywą odpowiedź na to, co ksiądz Bosko napisał do swoich następców: aby być obecnym i dawać dobry przykład.

 

Ostatnią myślą, którą chcę się z Wami podzielić, jest to, co zostawię tutaj po dwóch miesiącach. Zadawałem sobie to pytanie bardzo często i uzyskałem na nie odpowiedź trochę przypadkowo.

Podczas apelu pewnego poranka, z racji tego, że mieliśmy trochę wolnego czasu, postanowiliśmy posprzątać pokój. W tym czasie zza naszych drzwi usłyszeliśmy chmarę dzieciaków śpiewających i tańczących bez żadnej muzyki – tańczyli tańce animacyjne, które prowadziliśmy z nimi podczas przerw w szkole i w oratorium. Najbardziej spodobał im się „Chocolate” 😉.

Wtedy naprawdę się wzruszyłem.

Pomyślałem, że może jednak zostawię tutaj coś więcej niż tylko szkolne artykuły i piłki coś, czego nie da się zobaczyć ani zamienić na nic innego. Zostawię im wspomnienia.

Wspomnienie tego, że szkoła może kojarzyć się z zabawą i radością, a nie tylko z ciasną ławką i ciągłym uczeniem się.

Jestem bardzo wdzięczny, że mogę tu być. Każdy dzień przynosi nowe, budujące doświadczenia, które mnie ubogacają. Dziękuję Panu Bogu, że mogę być ołówkiem w Jego ręku, i że może mną wypisywać miłość, mimo tego, że mój grafit jest kruchy i nieidealny.

Bartosz Frączkowski,
pracuje na placówce w Luwingu, w Zambii