Niedawno odliczaliśmy z Grzesiem dni do powrotu. Ja potajemnie nadal to robię, ale jest nam już lepiej. Okazuje się, że potrzebowaliśmy około miesiąca (a nawet trochę ponad), żeby na dobre się zaaklimatyzować, ale też żeby nasze obowiązki do końca się wyklarowały. Dochodzimy zatem do wniosku, że jeśli chodzi o wolontariat, dużo więcej można zrobić, wybierając dłuższy termin (wyjazd na rok). W naszym przypadku (trzy miesiące) dopiero co poczuliśmy się jak w domu. Przyszły nam do głowy pomysły na to, jak moglibyśmy się tutaj przydać, co zrobić, jakie lekcje poprowadzić, a tu już trzeba wracać. Siostry z naszej placówki śmieją się, że to bez sensu, skoro zaraz wyjeżdżamy. Namawiają nas, żebyśmy przedłużyli pobyt chociaż do świąt Bożego Narodzenia… Jednak na etapie formacji rozeznaliśmy, że trzy miesiące to w sam raz, i mimo że siostry mają trochę racji, pozostajemy wierni naszej decyzji.

Teraz trochę z innej beczki. Wiecie, z czego zdałam sobie sprawę tutaj, w Kamerunie? Z tego, że Polska jest krajem, który kocham i w którym chcę mieszkać. Że Polska jest piękna i że za nią tęsknię. Że to, na co narzekamy w Polsce, to nic w porównaniu z problemami, z jakimi mierzą się ludzie w Kamerunie. System opieki zdrowotnej, ubezpieczenia, dostęp do edukacji, pomocy psychologicznej, diagnozowania dzieci… Nie twierdzę, że już wszystko wiem o tym, jak to tutaj działa, ale rozmawiając z siostrami i obserwując rzeczywistość, widzę, że w porównaniu z Kamerunem nasza Polska jako kraj świetnie sobie radzi z zapewnianiem bytu swoim obywatelom.

Takim fajnym momentem była dla mnie ostatnio zeszła sobota. Jako że co tydzień tego dnia oglądamy wspólnie film, siostry poprosiły, żebyśmy tym razem to my coś wybrali. Stanęło na filmie o księdzu Kaczkowskim pt. „Johnny”, z francuskim dubbingiem i napisami. Oglądaliśmy go już z Grzesiem, ale tym razem było to zupełnie inne doświadczenie. Widzieć polskie drogi, roślinność, słyszeć Podsiadłę śpiewającego w tle czy Szymborską recytowaną przez głównego bohatera po francusku, będąc jednocześnie tak daleko od domu… To był moment, w którym zrozumiałam, o co chodziło naszej nauczycielce języka polskiego, kiedy opowiadała nam o latarniku, który tak bardzo wzruszył się podczas czytania „Pana Tadeusza”…

W pewnym momencie filmu Johnny powiedział takie słowa: „Czas. To jest coś najcenniejszego, co możemy dać drugiemu człowiekowi”. I to będzie chyba najlepsze podsumowanie i myśl przewodnia każdego wolontariatu, ale zwłaszcza takiego w dalekim kraju. Co ja tutaj mogę? Nie znając perfekcyjnie języka, nie rozumiejąc kultury, zwyczajów, systemu edukacji i ochrony zdrowia. Nie mając ze sobą milionów.

A no mogę iść grać z Natanem w karty-zgadywanki, mogę posiłować się na rękę z Mayelem (i oczywiście przegrać), mogę pokręcić się z Rinelle albo dać poczesać swoje włosy Abigeil i Shikinie. Mogę im powiedzieć, że nie wolno się bić w żaden sposób i że krzyż na mojej szyi mówi o Jezusie, którego mamą jest Maryja. Mogę przytulić płaczące dziecko, a inne potrzymać za rękę. I to będzie okej. To będzie wystarczające. Przynajmniej tak twierdzi ksiądz Kaczkowski, a ja mu wierzę.

Przesyłam serdeczne pozdrowienia dla Was wszystkich!

Dominika Duda
pracuje na misji w Jaunde w Kamerunie