Czas formacji w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym był dla mnie niezwykle cenny i głęboko poruszający.
Choć często przyjeżdżałam w piątkowy wieczór zmęczona po całym tygodniu pracy i nauki, z tyłu głowy mając świadomość wymagającego, pełnego spotkań i relacji weekendu, to jednak zawsze czekałam na ten czas z ogromną radością i tęsknotą. Intensywność tych dni nie była ciężarem, ale łaską – bo była wypełniona relacją. Prawdziwą, wymagającą, ale też niesamowicie ożywiającą.
Przede wszystkim poznałam wielu pięknych ludzi – takich, którzy nie zatrzymują się na słowach, ale mają odwagę przekuwać pragnienia w konkretne decyzje. Ich pragnienie wyjazdu na misje nie było jedynie pustym mówieniem czy marzeniem bez pokrycia, ale realnym celem, za którym szła konkretna postawa i działanie. Patrząc na nich, zaczęłam rozumieć, że misje nie zaczynają się gdzieś daleko, na drugim kontynencie, ale rodzą się najpierw w sercu – w gotowości do oddania siebie, do wyjścia poza własny komfort, poza własne plany.
Jestem im ogromnie wdzięczna, że wspólnie przeżywaliśmy ten czas formacji: rozeznawaliśmy, modliliśmy się, dzieliliśmy doświadczeniem i wzajemnie się umacnialiśmy. Przede wszystkim jednak tworzyliśmy wspólnotę. Taką prawdziwą, opartą na obecności, szczerości i pragnieniu dobra.
W czasie licznych prezentacji wolontariuszy, którzy już wrócili z misji, coraz wyraźniej docierało do mnie, że żyjemy w świecie, który łatwo zatrzymuje się na powierzchni. Na tym, co wygodne, szybkie, mierzalne. A przecież dobro, które ma sens, bardzo często jest ciche, ukryte i wymaga konkretu. Dlatego ten czas był dla mnie przypomnieniem, że trzeba działać i świadczyć o dobru. Że dobro nie może pozostać tylko w sferze myśli – ono potrzebuje rąk, które je wprowadzą w życie.
W czasie formacji zrozumiałam też coś bardzo osobistego – że pragnienie wyjazdu na misje nie jest tylko „moim pomysłem na życie”. To odpowiedź. Cicha, czasem niepewna, ale jednak odpowiedź na zaproszenie Boga, który pierwszy wychodzi z inicjatywą. I że to zaproszenie nie polega na robieniu wielkich rzeczy, ale na byciu dostępnym. Na zgodzie, by stać się jak ołówek w Jego rękach – prostym, może niedoskonałym narzędziem, przez które On może pisać coś większego.
Zaczęłam też głębiej rozumieć, czym jest obecność. Że czasem największym darem nie jest działanie, ale bycie obok. Towarzyszenie. Zauważenie. Bo być zauważonym to znaczy: „istniejesz, jesteś ważny, ktoś cię widzi”. Jeśli więc mogę pomóc choć jednej osobie poczuć się w ten sposób – to już ma sens. Jeśli mogę wywołać uśmiech, nauczyć czegoś albo po prostu być – to wystarczy, żeby wydarzyło się dobro.
Wierzę, że czas misji będzie dla mnie wymagającą drogą. Nie idealną i nie zawsze łatwą, ale właśnie dlatego prawdziwą. Drogą pokory, cierpliwości i przede wszystkim miłości. Bo to właśnie tam, w prostocie codzienności i spotkaniu z drugim człowiekiem, zdaje się najważniejszy egzamin – egzamin z miłości.
Anna Brejnak
uczestniczka tegorocznej formacji dla wolontariuszy misyjnych












