Za mną 9 miesięcy formacji w SOMie. Czas, który zostawił we mnie więcej, niż mogłam się spodziewać i którego nie da się zamknąć w kilku zdaniach.
Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spotkania. Drogi do Warszawy, niepewności i strachu przed tym, co mnie czeka. Pamiętam wszystkie pytania i obawy, które miałam w głowie. Po przyjeździe wszystko to, co mnie przerażało, po prostu zniknęło.
Nie zapomnę słów naszej koordynatorki Asi, które powiedziała na początku: „W SOMku jak w domku”. I dokładnie tak się poczułam.
Poznałam młodych ludzi, którzy – tak jak ja – zadawali sobie pytanie: „Czy to jest moja droga?”, „Czy to jest miejsce dla mnie?”. Ludzi pełnych pytań i wątpliwości. Wbrew temu, co niektórzy mogą myśleć, przyjeżdżając do SOMu, nie wszyscy mają już gotową odpowiedź. Nie wszyscy są pewni swojego misyjnego powołania. Część z nas dopiero szuka. Ja też szukałam. Chciałam po prostu spróbować i zobaczyć.
Z każdym kolejnym spotkaniem coś się zmieniało. Prezentacje wolontariuszy, którzy wrócili już ze swoich wyjazdów, nie budziły we mnie strachu. Wręcz przeciwnie, coraz bardziej otwierały mi się oczy. Zaczęłam dostrzegać rzeczy, które na co dzień tak łatwo przemilczeć. Ze spotkania na spotkanie coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że jeśli będzie mi dane wyjechać, to chcę to zrobić.
Ta formacja była niesamowitym czasem. Pomogła mi lepiej poznać siebie, swoją wrażliwość, swoje lęki i obawy. Dała mi także możliwość spotkania niesamowitych ludzi – ludzi, którzy słowa zamieniają w czyny, odważnych, pełnych dobra. Był to także czas, w którym poznałam pewnego człowieka, który mam nadzieję, będzie mi towarzyszył nie tylko podczas misji, ale i w codziennym życiu: św. Jana Bosko.
Podczas konferencji poświęconych księdzu Bosko poruszyło mnie coś bardzo prostego. Zauważyłam, że prawie nikt nie mówił „święty Jan Bosko”. Wszyscy mówili po prostu: „Jan Bosko”, „Janek Bosko”. Było w tym coś niezwykłego. Nie brzmiało to tak, jakbyśmy słuchali o kimś odległym, zamkniętym na kartach historii. Miałam wrażenie, że nie poznaję tylko postaci z przeszłości, ale człowieka, który nadal jest obecny, inspiruje i wciąż działa. Wtedy pojawiła się we mnie taka myśl: „Dobrze wybrałam. Jeśli Pan Bóg rzeczywiście mnie posyła na misje, to chyba nie mogłabym znaleźć lepszego kompana w tej drodze niż Janek Bosko”.
Nie chcę wyjechać po to, żeby zbawiać życie ludzi, do których Pan Bóg mnie posyła – świat już raz został zbawiony.
Chcę wyjechać po to, żeby ktoś poczuł się wartościowy. Żeby ktoś poczuł się zauważony. Może będzie to jedno dziecko. Może jedna osoba. Dla mnie będzie to wielki sukces.
Nauczmy się kochać – tak naprawdę. Bez upiększania. Bez wielkich słów. Nauczmy się po prostu być dla drugiego człowieka.
„Bo ja nie mogę czekać tu, kiedy woła,
kiedy woła mnie Bóg,
Bo ja wybrałam taką drogę,
ale idę, ale idę z Bogiem.”
Amelia Pawlas
uczestniczka tegorocznej formacji Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco













