Za miesiąc wyjeżdżam na wolontariat misyjny do Zambii. Czy ja naprawdę chcę tam jechać? Jak mam to sprawdzić? Czym zatem była dla mnie formacja i co wniosła w tak krótkim czasie do mojego życia? O całej sprawie wciąż wie zaledwie garstka osób, a tekst ten stanowi swego rodzaju wyjaśnienie takiego obrotu spraw.

Wszystko zaczęło się stosunkowo niedawno, bo 2 lata temu, podczas mojej pierwszej podróży w pojedynkę.

– Pojadę sam albo nie pojadę wcale – powtarzałem sobie w duchu, mimo wielu obaw wiedząc już, jaką podejmę decyzję.

Największą z nich była wizja potencjalnej samotności. Z kim będę tworzył szalone historie, które później z większą lub mniejszą dumą będę opowiadał?

– Sam nie dam rady, to nie to samo – myślałem.

Mimo wszystko zaryzykowałem. Destynacja wybrana, bilety kupione, zostało kilka dni do wyjazdu.

Ten wyjazd na pewien czas zaspokoił moją żądzę kolekcjonowania opowieści, a zarazem rozpalił wyobraźnię wizjami kolejnych przygód. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o misji. Miała to być kolejna podróż pełna doświadczeń, które następnie zgrabnie zamienię w najlepsze do opowiadania historie. Świadomość wyjątkowego wyczynu była bardzo silna – bo czy znałem kogoś, kto na takiej misji był?

– Muszę się dowiedzieć, jak tam wyjechać – obiecałem sobie, zastanawiając się, od czego zacząć.

Dowiedziałem się kilku rzeczy. Między innymi o istnieniu Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie, który prowadzi roczną formację przygotowawczą do wyjazdu. Ale kim są Salezjanie? O tym dopiero przyszło mi się przekonać.

– Postanowione: kiedyś pojadę na misję – to było bardzo wygodne stwierdzenie, które pozwalało mi czuć się wyjątkowym, zawładnąć tą przygodą i opowieścią, zanim jeszcze dokądkolwiek wyjechałem. Samo sformułowanie „kiedyś…” daje pewien komfort, ale o niczym jeszcze nie świadczy.

Od tego czasu minął nieco ponad rok, a ja za miesiąc naprawdę wyjeżdżam na 5 miesięcy do miejscowości Kazembe, położonej w północnej Zambii. Okazało się, że Salezjanie to szlachetni i pełni energii ludzie pracujący w charyzmacie św. Jana Bosko – tak jak on zatroskani o los młodych.

Gdy „kiedyś wyjadę na misję” zamieniło się w „za rok mogę pojechać”, wiele rzeczy zaczęło się zmieniać. Mając zaledwie kilka dni na podjęcie decyzji w sprawie zapisu na formację, poczułem natłok myśli. Uświadomiłem sobie, że cała sprawa jest znacznie bardziej poważna, niż przypuszczałem.

– Nie wyjadę przecież na misję, by zaimponować innym, chyba nie o to w tym chodzi – brzmiała moja pierwsza myśl. – Czy ja naprawdę chcę jechać? Jak mam to sprawdzić?

Zaraz po niej pojawiła się druga myśl i pytanie, na które nie spodziewałem się tak szybkiej odpowiedzi:

Wiem: nikomu o tym nie powiem tak długo, aż sam się nie dowiem. Nie będę szukał podziwu u innych, tylko poszukam odpowiedzi wewnątrz siebie.

Po czym po prostu zapisałem się na formację.

Czas przygotowań był dla mnie wyjątkowy z kilku kluczowych względów. Pozwolił mi odnaleźć odpowiedzi na postawione sobie pytania.

To był czas wspólnoty

„Czy to na pewno miejsce dla mnie? Czy będę tam pasował?” – to pierwsze wątpliwości, które pojawiły się jeszcze przed podjęciem decyzji o przystąpieniu do formacji oraz w drodze do Warszawy na pierwszy zjazd. Daleko mi bowiem było w tamtym momencie do jakiegokolwiek jednoczenia się w wierze.

„Czy formacja jest wspólnotą?” – pytałem samego siebie w trakcie roku. I odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Nie jest wspólnotą taką, jaką znałem do tej pory z doświadczeń znajomych – gromadzącą się głównie po to, by wspólnie się modlić. Na formacji spotykamy się w ramach przygotowań do wyjazdu, których fundamentem jest wzajemne umacnianie się w wierze. Okazało się, że wbrew moim obawom było to miejsce zdecydowanie dla mnie. Tak – to jest wspólnota, bo nie znam bardziej trafnego określenia na to, czego doświadczyłem przez ostatni rok.

To był czas inspiracji i podziwu

„Ty po prostu pokochałaś drugiego człowieka” – to zdanie stanowiło puentę jednej z najbardziej poruszających historii, jakie kiedykolwiek usłyszałem. Taki właśnie był ten czas: pełen podziwu dla opowieści misjonarzy i wolontariuszy, pełen angażujących i inspirujących rozmów ze współuczestnikami formacji, wreszcie pełen wzruszeń przy czytaniu listów od osób przebywających aktualnie na misjach, które towarzyszyły nam w trakcie adoracji.

Wreszcie, był to czas zmiany

Zmiana była naturalną wypadkową powyższych wydarzeń. To czas pierwszej od dłuższego czasu spowiedzi, do której przystąpiłem tuż po wysłuchaniu jednego z listów. Czas nabierania pokory w poznawaniu ludzi i świata poprzez świadectwa wolontariuszy. Czas, w którym odsunąłem potrzebę imponowania innym swoimi przygodami. Czas, w którym żądzę przygody zamieniłem w świadomy i odpowiedzialny wyjazd na wolontariat misyjny.

Bartek Nowak
leci na na misję do Zambii