Chciałbym Wam opowiedzieć o jednej z moich ulubionych aktywności tutaj, w Fianarantsoa, czyli o zwyczajnym chodzeniu po ulicy. Zastanawiacie się pewnie, co może być w tym fascynującego? Otóż całe mnóstwo rzeczy!

Wiadomo, że biały człowiek zawsze przyciąga tu uwagę. Kiedy widzę, że ktoś przygląda mi się dłużej, staram się jakoś zareagować. Dorosłym mówię zazwyczaj „salama”, do dzieci macham albo robię wielkie oczy, na co reagują radosnym śmiechem.

Kiedyś mijałem grupką starszych, nie znanych mi uczennic. Jedna z nich intensywnie mi się przyglądała, w odpowiedzi puściłem jej oczko. Jej zawstydzenie było na tyle zabawne, że zarówno jej koleżanki, jak i pani z pobliskiego straganu zaczęły się głośno śmiać.

Innym razem zobaczyłem dwie znajome uczennice idące z naprzeciwka. Przyszła mi do głowy myśl, żeby szeroko rozłożyć ramiona, oferując wielkiego „przytulasa”, tak, jakbym witał bliskie znajome, których długo nie widziałem. Spodziewałem się wspólnego śmiechu i jedna z nich rzeczywiście tak zareagowała. Druga jednak… przyjęła moją propozycję. Wtuliła się we mnie i zaskakująco długo nie chciała puścić.

To spotkanie dało mi do myślenia o ich ogromnej potrzebie bliskości, której często na pierwszy rzut oka nie widać. Oprócz bliskości, dzieci te mają dużą potrzebę uwagi. Mam więc radę dla przyszłych wolontariuszy: gdy otoczy Was gromadka dzieci, nie patrzcie tylko na te najbardziej aktywne. Są też takie, które siedzą cicho gdzieś z boku – rzućcie im czasem spojrzenie i uśmiech. To dla nich bardzo dużo znaczy i natychmiast rozpromienia ich twarze. Bo zauważony, znaczy ważny.

Wracając do chodzenia po ulicy, to najlepiej chodzi się z kimś. Czasami za rękę, czasami niosąc kogoś na plecach. Inni ludzie uśmiechają się na ten widok. Zdarza mi się nawet, wracając do domu, zawrócić tylko po to, by przejść się kawałek drogi z grupką dzieci, które mnie zaczepiły.

Piękny przykład tego, jak „chodzić po ulicy”, daje mi ks. Sławek, mój tutejszy spowiednik. Zaproponował mi kiedyś wspólne wyjście do szpitala, gdzie jest kapelanem. Codziennie chodzi tą drogą, więc zna tu praktycznie wszystkich. Każdego zagadywał, dwójce dzieci dał po cukierku, a w międzyczasie opowiadał mi, kim są mijane osoby. Chciałbym, aby kiedyś w Polsce moja droga do pracy wyglądała podobnie.

Na koniec podzielę się z Wami piękną i prostą modlitwą z moich rozważań wielkopostnych:

Lord, empty me, fill me, use me”.

Panie opróżnij mnie ze wszystkiego co jest moje, napełnij mnie wszystkim co jest Twoje i używaj mnie w swoich dziełach.

Bartek Strukowski
pracuje na misji w Fianarantsoa, na Madagaskarze