Gdy ks. Paweł Kociołek przyjechał do Bangladeszu w 2010 roku wraz z dwoma misjonarzami z Indii, salezjanie nie mieli tam jeszcze żadnej własnej placówki. Miejscowi katolicy byli pozostawieni sami sobie i nie posiadali zaplecza edukacyjnego.
Zorganizowanie pracy duszpasterskiej i wychowawczej wymagało budowania wszystkiego od podstaw. Dziś, po latach posługi, salezjanie prowadzą w Bangladeszu cztery parafie oraz pięć szkół. Liczba wychowanków w szkołach i internatach idzie już w tysiące.
Rozwój dzieła salezjańskiego widać w wielu miejscach kraju:
- Utrail: To największa z misji, gdzie uczy się 1300 dzieci i młodzieży. Poza szkołą podstawową, gimnazjum i szkołą średnią działa tam małe seminarium, internat dla prawie 400 uczniów oraz gospodarstwo rolne. Uczniowie praktycznie uczą się tam sadzenia warzyw (np. marchewek czy pomidorów) oraz opieki nad nimi, a wyhodowane plony i ryby ze stawów trafiają do ich wspólnej stołówki. W szkole średniej młodzież uczy się na trzech profilach: humanistycznym, fizycznym oraz biznesowym.
- Joypurhat: Szkoła budowana od zera, do której uczęszcza obecnie około 500 do 600 dzieci. Placówka rozwija się stopniowo poprzez dodawanie kolejnych klas.
- Lokhikul i Dhaka: Mniejsze i nowsze placówki, w których uczy się po ponad 300 uczniów. Przy dużej parafii w Lokhikul (obejmującej 23 wioski) siostry prowadzą również ośrodek dla około 40 dzieci z trudnymi doświadczeniami życiowymi.
- Najmłodsza szkoła: Otwarta niedawno placówka, która na razie mieści się w budynku z blachy i kształci około 200 dzieci.


Dlaczego katolicy nie wysyłali dzieci do szkół?
W Bangladeszu istnieje formalny obowiązek szkolny od 6. roku życia, jednak jak zauważa ks. Paweł, przy braku konsekwencji i kontroli obowiązki te stają się często tylko marzeniami.
Około 80% uczniów w szkołach salezjańskich to chrześcijanie, stanowiący jedną z najbiedniejszych grup społecznych w tym muzułmańskim kraju. Wśród chrześcijan to protestanci są bardziej zmobilizowani, a ich rodzice mocniej naciskają na naukę w dobrych szkołach. Katolicy żyją w skrajnym ubóstwie. Rodzice często sami nigdy nie chodzili do szkoły, często nie potrafią czytać ani pisać i nie doświadczyli wartości edukacji. Nastawiają się więc na to, że dzieci mają od najmłodszych lat pracować i pomagać w utrzymaniu rodziny. Misjonarze stale dojeżdżają do 23 okolicznych wiosek, rozmawiają z ludźmi i motywują ich do wysyłania dzieci do szkół, dzięki czemu to podejście zaczyna się powoli zmieniać.
Problemy szkół państwowych a renoma szkół Don Bosco
W Bangladeszu działają szkoły państwowe, ale jak wprost ocenia ks. Paweł, ich poziom jest wyjątkowo słaby:
„Szkoły państwowe są w Bangladeszu. Ale ich poziom jest bardzo słaby. Nie dlatego, że nauczyciele są niewykształceni. Dlatego, że nie muszą nic tam robić. Dzieci przyjdą czy nie przyjdą, oni wypłatę zgarną. Nie uczą ich, nie starają się.”
Z powodu braku kontroli nauczyciele w szkołach państwowych często spóźniają się na lekcje lub w ogóle się na nich nie pojawiają. W konsekwencji dzieci przestają przychodzić na zajęcia. Ponadto powszechnym problemem jest to, że nauczyciele nie przekazują wiedzy w klasie, wymuszając na uczniach płatne korepetycje, na których dorabiają do pensji. Samo zdobycie pracy jako nauczyciel w szkole państwowej w tak przeludnionym kraju graniczy z cudem i często wymaga znajomości oraz dawania łapówek.
Na tym tle szkoły salezjańskie wyróżniają się wysokim poziomem, rodzinną atmosferą i dyscypliną. Uczą w nich chrześcijanie, Hindusi i muzułmanie – łącznie 74 nauczycieli, wspieranych przez innych pracowników (stróżów i sprzątaczki). Praca u salezjanów cieszy się ogromnym uznaniem. Być nauczycielem w szkole Don Bosco to duży prestiż i szansa na wybicie się w lokalnej społeczności.


Wyzwanie: Koszt studiów w stolicy
Osoby z dobrymi wynikami mają przed sobą realne perspektywy. Część absolwentów zdobywa pracę lub wyjeżdża na studia za granicę (m.in. do Chin, Indii czy USA). Dużym wyzwaniem pozostaje jednak kontynuowanie nauki w kraju.
W rejonach, gdzie pracują salezjanie, nie ma szkół wyższych. Młodzież po ukończeniu szkoły średniej musi wyjechać na studia do stolicy, Dhaki. Łączy się to z koniecznością opłacenia samej nauki, wyżywienia oraz mieszkania. Utrzymanie studenta w Dhace (wraz z mieszkaniem i jedzeniem) wynosi średnio około 8 tysięcy taka miesięcznie, czyli około 250 zł. Dla ubogich rodzin z wiosek jest to kwota zupełnie nieosiągalna. Pensja nauczyciela w szkole to około 15-20 tysięcy taka (ok. 500 zł), więc bez wsparcia z zewnątrz młodzież nie ma możliwości kontynuowania nauki. Dlatego salezjanie stale poszukują Darczyńców, w tym z Polski, którzy zechcą sfinansować studia najzdolniejszym uczniom i dać im szansę na wyrwanie się z ubóstwa.
Ks. Paweł tak wspomina trudne początki pracy misyjnej i ogromne wsparcie, dzięki któremu rozwija się tamtejsza misja: „Jak ja wyjechałem w dziesiątym roku, to tam salezjanów nie było. W trzech pojechaliśmy zakładać tę misję. Tam nie było nic. A teraz Bangladesz się rozwinął dzięki pomocy Bożej, no i tutaj też Polski i darczyńców. Bardzo się rozwinął.”
Dziękujemy wszystkim Darczyńcom, którzy wspierają edukację i misje w Bangladeszu!









