Od mojego przyjazdu w sam środek Afryki mijają już prawie dwa miesiące. Pytam sam siebie: gdzie się podział cały ten czas? Dni mijają jak godziny. Do moich najważniejszych obowiązków należy nauczanie języka angielskiego w szkole podstawowej, prowadzenie lekcji obsługi komputera dla kleryków salezjanów i obecność w codziennym życiu oratorium.
W szkole podstawowej jestem odpowiedzialny za uczniów klas pierwszych. Przychodzą z różnych przedszkoli, a część z nich do przedszkola nawet nie chodziła. Chociaż sporo roku szkolnego już za nimi, większość nadal zaczyna pisanie literek od prawej strony kartki, tak jak pisze się w języku arabskim. Uczą się w niedużych salach, w których często mieści się ponad siedemdziesięcioro dzieci. Jedna pełna ławka to czterech małych człowieczków. Mimo ciasnoty i trudnych warunków bardzo chcą chodzić do szkoły. Dostają tu też codziennie ciepły obiad, na który nie zawsze mogą liczyć w domu.
Przez długi czas trudno było mi ocenić, od czego właściwie powinienem zacząć swoją pracę i czego mogę od dzieci wymagać. Musiałem zwolnić i nauczyć się zauważać postępy, które wcześniej pewnie uznałbym za zbyt małe: poprawnie zapisaną literę czy samodzielnie przepisane słowo. Widzę, jak ważne jest dla nich, żeby ktoś tę pracę dostrzegł. Kiedy po lekcji przychodzą pokazać mi zeszyty, staram się znaleźć coś, za co mogę je pochwalić, i narysować uśmiechniętą buźkę. Teraz część z nich nie pozwala mi już wyjść z sali, dopóki wszystkich nie „ocenię”. Przy pięciominutowych przerwach sprawia to, że na kolejną lekcję zawsze jestem chwilę spóźniony.


Z „seminarzystami” – bo tak kleryków nazywa nasza wspólnota – spotykam się codziennie na zajęciach z informatyki. Czasami z powodu braku prądu musi nam wystarczyć biała tablica. Zaczynaliśmy od kompletnych podstaw: czym jest komputer, do czego służą myszka i klawiatura? Już po kilku tygodniach pełni zapału seminarzyści z łatwością obsługują Worda i PowerPointa oraz surfują po internecie. Większość z nich jest ode mnie starsza, co początkowo wydawało mi się możliwą trudnością. Szybko okazało się jednak, że różnica wieku nam nie przeszkadza, a nasze lekcje często kończą się głośnym śmiechem.

Popołudnia to czas oratorium. Na boiskach naszej salezjańskiej placówki gromadzą się dzieci, młodzież i dorośli. Księża po skończonej pracy wychodzą grać z młodymi w piłkę, lokalne wspólnoty spotykają się w cieniu drzew, a najmłodsi wspinają się na ich gałęzie. Moja rola jest wtedy zupełnie inna niż podczas lekcji. Coraz częściej po prostu dołączam do gry w siatkówkę, którą bardzo polubiłem. Wtedy szczególnie czuję, jak wiele może dawać sama obecność. Na zakończenie zbieramy się przed kapliczką z Maryją Panną na wspólny różaniec i „słówko” na dobranoc.


Poza tym opiekuję się kawałkiem wspólnotowego ogródka z kilkoma grządkami orzechów ziemnych i robię zdjęcia. Aparat zabrałem przede wszystkim po to, żeby dokumentować pracę wolontariatu. Szybko okazało się jednak, że zdjęcia są potrzebne także przy kolejnych wydarzeniach i projektach ośrodka. Fotografowałem w obozie dla uchodźców, szkołach i przedszkolu, a także w naszym kościele, gdzie jednego dnia chrzczono kolejno ponad siedemdziesięcioro dzieci. Fotografia stała się częścią mojej codziennej pracy i okazją do poznawania miejsc oraz ludzi, których inaczej być może bym nie spotkał. Patrząc przez obiektyw, czasami dostrzegam szczegóły, które wcześniej mi umknęły. Zawsze jestem ciekawy, co jeszcze zauważę i jak uda mi się to pokazać na zdjęciu.
Są też dni, kiedy jestem zmęczony i tęsknię za domem. Jest ich tutaj coraz więcej. W tej samej codzienności mieszczą się ogromna radość i wdzięczność za tych wspaniałych ludzi, ale też sytuacje, które są dla mnie jak zimny prysznic. Trudno patrzeć na cierpienie, któremu nie potrafię zaradzić.
Kiedy przechodzę z jednych zajęć na drugie, często słyszę głośne wołanie dzieci: „Abuna!”. To po arabsku oznacza księdza. Księdzem nie jestem, ale pracując obok salezjanów i sióstr salezjanek, coraz bardziej podziwiam ich codzienną obecność tutaj. Ja przyjechałem na kilka miesięcy; oni pozostają w tym całkowicie innym świecie.
Piotr Siwik,
pracuje na misji w Jubie, w Sudanie Południowym





























