Jak minęło nasze pierwsze formacyjne spotkanie? Siedzę właśnie w pociągu powrotnym, próbując ułożyć w myślach całe mnóstwo wrażeń i przeżyć, jakich doświadczyłam wraz z innymi uczestnikami podczas intensywnego weekendu. Każdy z nas zapewne ma inne emocje i refleksje po tym wydarzeniu. Mnie natomiast czas upłynął błyskawicznie. (Przecież przed kilkoma chwilami dopiero przekroczyłam progi SOM-u z małą walizką i wielką ekscytacją, a już muszę go opuszczać). Jaki to był dobry czas pełen misyjnych inspiracji, modlitwy, słów zachęty i prawdy, ale przede wszystkim SPOTKANIA z drugim człowiekiem! Zaczęliśmy od pogaduszek przy kawie i wypełnianiu dokumentów w kawiarence – jeszcze przyczajeni i niepewni. Asia Matuszek i ks. Marek Gryn wprowadzili nas powolutku w klimat wspólnej przygody, jaką jest przygotowanie do misji. A później graliśmy w gry, z których dowiedzieliśmy się, że Marek jest markowy, Seba sklerotyczny, Bruno bombastyczny, a Joanna jutrzejsza oraz, że niewielu osobom przeszkadza ananas na pizzy. Dzień zakończyliśmy kompletą w kaplicy i słówkiem na dobranoc w wykonaniu małomównego ks. Marka.
Po nocnych rozmowach przy słodkościach i herbacie sporym wyczynem było wczesne wstanie na Mszę Świętą (wyjątkowo połączoną z jutrznią). Ale warto, bo to najlepsze rozpoczęcie dnia. Później śniadanie i obowiązki domowe – przez te dwa dni w końcu tworzymy prawdziwy dom. Pierwszym punktem okazała się pogadanka z wolontariuszami o pięknych i trudnych momentach z formacji. A to nas zapaliło do wykorzystania danego nam czasu na maksa. Następnie prezentacja Damiana Komara o pobycie w Kazembe w Zambii, która zrobiła na nas duże wrażenie (przynajmniej na mnie). Wiele szczegółów podróżniczo-zdrowotno-gastronomicznych, pomysłów na realizację swojej misji i świetnych podpowiedzi (np. żeby wziąć gwizdek i pić codziennie colę). A w przerwie od słuchania spędziliśmy trochę czasu na dworze (dla innych: na polu) i bawiliśmy się w łosia, okrzykiwanie Jamesa Bonda i odróżnianie łyżki od widelca. Po obiedzie czekała nas krótka lekcja języka bemba i opowieść ks. Michała Słojewskiego o św. Janie Bosko i charyzmacie salezjańskim. Adoracja Najświętszego Sakramentu wraz z czytaniem listów wolontariuszy aktualnie przebywających na misjach była bardzo wzruszającym zwieńczeniem dnia. W nocy pasjonujące rozmowy – chyba nie muszę wspominać.
W niedzielę Filip Pokrzywnicki opowiadał nam o swojej misji w Nairobi w Kenii. Mocne wspomnienia i obrazy o domu dla chłopaków z ulicy. Każdy z nich miał trudną historię. Filip wspomniał jak uczył się na placówce godzić łagodność z surowością w pracy wychowawczej. W końcu – jak mówił ks. Bosko – od ciągłego upominania nikt nie staje się lepszy. Po prezentacji zasypaliśmy Filipa pytaniami, na które odpowiadał jeszcze podczas obiadu i długo po nim. Na koniec ks. Marek podsumował nasze spotkanie pokrzepiającym słowem: Czas wyjazdu nie może być ucieczką od trudności, bo tam jest o wiele trudniej, to musi być ubogacenie i rozwój. To powołanie, które trzeba dobrze rozważyć. Asia nas pożegnała, zapraszając na październikowy weekend formacyjny. Mam nadzieję, że za miesiąc wszyscy się znów zobaczymy!
Twalamonana (co znaczy: do zobaczenia)!
Klara Frąkała
uczestniczka wrześniowego spotkania formacyjnego





