Kiedy to piszę, mija połowa mojej misji w stolicy Sudanu Południowego. Przez pierwsze dwa tygodnie pobytu miałem okazję uczyć w szkole podstawowej.
Zacząłem od nauczania matematyki, ale gdy dowiedziałem się, że nie ma nauczyciela geografii i historii, postanowiłem uczyć właśnie tych przedmiotów. Nastawiałem się na trudności w prowadzeniu zajęć dla 70-osobowej klasy, dlatego ogromne było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem, że informacje geograficzno-historyczne są dla dzieci bardzo atrakcyjne.
Po dwóch tygodniach przyszedł czas egzaminów i przerwy od szkoły, która będzie trwała jeszcze dwa tygodnie. Przez kilka dni czułem pustkę związaną z brakiem moich uczniów, którzy potrafili zadawać naprawdę ciekawe i przemyślane pytania. W poszukiwaniu nowych zajęć zacząłem chodzić w miejsca, w których jeszcze nie byłem, i tak trafiłem do obozu uchodźców, gdzie mieszkania składają się jedynie z prowizorycznych parawanów imitujących ściany. Tamtejsze dzieci, pomimo biedy, potrafią się bawić, śmiać i wykazują dużą ciekawość podczas gry w kółko i krzyżyk oraz tańców. Kiedy pierwszy raz miałem okazję tam być, podszedłem do małej grupki chłopców z pytaniem, czy nie chcieliby nauczyć się tańczyć Macareny. Zanim się obejrzałem, przede mną było już 50 dzieci, gotowych tańczyć nieznany im dotąd taniec.
Jednym z moich zajęć jest gra w piłkę nożną z chłopakami w oratorium, która w 42 stopniach jest wykańczająca. Jednak widząc, że dzieci chcą ze mną grać, odkładam zmęczenie na drugi plan.
Samuel Rupniewski
pracuje na misji w Jubie w Sudanie Południowym
















