Minęły już ponad dwa tygodnie od naszego przyjazdu do Zambii, choć na naszej placówce jesteśmy nieco krócej. Każdy dzień przynosi nam nowe spotkania, doświadczenia i sytuacje, gdzie możemy dostrzegać dobro w codzienności.
Od początku pobytu ogromnym wsparciem są dla mnie siostry, które tutaj posługują. Widzę jednak, jak wiele mają obowiązków i jak dużo codziennych spraw spoczywa na ich barkach. Właśnie dlatego cieszę się, że możemy choć w niewielkim stopniu pomóc im w ich codziennej posłudze.
Jednym z ważniejszych elementów naszego pobytu stała się pomoc w szkole. Staramy się prowadzić zajęcia z matematyki oraz informatyki, ucząc dzieci podstaw pracy w programach Word i PowerPoint. Czasami okazuje się to trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. To, co dla nas jest oczywiste, tutaj wcale nie musi takie być. Dodatkowym wyzwaniem jest brak prądu, który sprawia, że nie zawsze możemy zrealizować wszystko, co zaplanowaliśmy. Uczymy się więc elastyczności i tego, że na misjach nie zawsze najważniejszy jest przygotowany wcześniej plan, ale gotowość do służby, na miarę aktualnych możliwości.


Oprócz tego prowadzimy zajęcia dla najmłodszych, uczymy ich rysowania i pisania liter. Mamy także zajęcia sportowe, które często wyglądają zupełnie inaczej niż te, do których przywykłem w Europie. Każda aktywność gromadzi wokół nas dużą grupę dzieci. Ogromnie cieszą się z każdej zabawy i bardzo chętnie biorą w niej udział, nawet wtedy, gdy aktualnie nie mają zajęć. Czasami z trudem tłumaczymy im, że na każdego przyjdzie kolej, bo każdy chce dołączyć do wspólnej zabawy. Każdego dnia, po zakończeniu zajęć najmłodszych, organizujemy dla nich animacje. Wspólnie bawimy się, tańczymy, aby dzieci mogły zakończyć dzień z uśmiechem i radością wrócić do swoich domów.
Kiedy mamy chwilę, staramy się pomagać przy wydawaniu posiłków. Zdarza się, że dzieci nie mają własnej miseczki, czy nawet kawałka plastiku, na którym można położyć prosty posiłek. Często dzielą się z kolegami i jedzą razem po kilka osób. Jest w tym coś niezwykle pięknego, prostota wspólnoty i naturalna gotowość do dzielenia się tym, co się ma, a często jest to bardzo niewiele.
Dzieci bardzo chętnie wspierają także siebie nawzajem. Przedstawiają nam swoich przyjaciół – tych bardziej nieśmiałych, zamkniętych w sobie, albo słabiej mówiących po angielsku. Pomagają im nawiązać kontakt i włączyć się do wspólnej zabawy. Widać w nich ogromną wrażliwość na drugiego człowieka. Ta troska widoczna jest także w ich codziennym życiu. Starsze dzieci często opiekują się młodszym rodzeństwem i przyprowadzają je na weekendowe oratorium.



Tym, co szczególnie mnie zaskoczyło, jest ich ogromna otwartość i potrzeba bliskości. Dzieci cieszą się z samego faktu, że jesteśmy. Chętnie podchodzą, przybijają piątki, łapią za ręce. Chcą być blisko. Często, kiedy próbuję zmienić miejsce, cała gromadka dzieci rusza za mną. Proszą, żeby być przy nich, żeby zapamiętać ich imiona, zabiegają o naszą uwagę. A czasami po prostu nam towarzyszą – bez słów, bez żadnego konkretnego powodu.
Jest w tym coś bardzo poruszającego. Taka bliskość i czułość, której być może niektórym z nich brakuje w codziennym życiu. Czasem mam wrażenie, że potrzebują aby na chwilę stać się dla nich kimś, kto po prostu jest. Kimś, kto przytuli, poda rękę, uśmiechnie się, okaże zainteresowanie.
Bardzo cieszę się, że tutaj jestem. Wiem, że przede mną jeszcze wiele pięknych chwil, spotkań i doświadczeń. Wierzę, że Pan Bóg będzie nadal uczył mnie dostrzegać Go w tych najmniejszych gestach, w uśmiechu dziecka, zwykłej obecności drugiego człowieka. Być może właśnie w tej prostocie najłatwiej odnaleźć prawdziwą istotę misji.
Bartek Sikora
pracuje na placówce misyjne w Luwingu, w Zambii














