Wróciłam niedawno z trzymiesięcznego wolontariatu misyjnego w Santa Cruz w Boliwii. Większość mojego pobytu przypadła na wakacje – w grudniu i styczniu – i był to czas pełen niezapomnianych przeżyć.
W styczniu wyjechaliśmy na wakacje do małej wioski w górach. Mieszkaliśmy tam w opuszczonym szpitalu! Chodziliśmy do lasu po drewno, aby rozpalić piec i upiec bułeczki czy pizzę. Były wycieczki w góry i nad wodospady, zabawy, robienie bransoletek, tańce i śpiewy. Nie zabrakło również czasu na modlitwę. Spędzaliśmy ze sobą całą dobę, dzięki czemu mogłam jeszcze lepiej poznać dzieci. Życie w wiosce było zupełnie inne niż w wielkim mieście Santa Cruz – prostsze, spokojniejsze i pełne bliskości z naturą oraz ludźmi.
Dzieci nieustannie zaskakiwały mnie swoją serdecznością. Najbardziej poruszającym momentem była inicjatywa jednej z wychowawczyń, która postanowiła pomóc starszemu, samotnemu, głuchoniememu mężczyźnie z wioski. Zorganizowaliśmy dla niego prawdziwą „misję pomocy”: wykąpaliśmy go, kupiliśmy nowe ubrania i zabraliśmy do fryzjera. Dzieci wysprzątały jego dom i podwórko, wyprały ubrania, a nawet z czułością kremowały jego spracowane ręce. Jedno z dzieci zapytało: „Czy on ma urodziny, skoro mu pomagamy?”. Po naszych działaniach staruszek zmienił się nie do poznania, a dzieci zobaczyły, że pomagać warto zawsze – nie tylko od święta.
Alicja Szewczyk
Pracowała na misji w Santa Cruz, w Boliwii













