To tylko mały wycinek naszej salezjańskiej służby w duchu księdza, na rzecz młodych, a w szczególności dla tych najbardziej biednych i opuszczonych.
Przez cztery lata posługiwałem w ramach „Projektu księdza Bosko” w mieście Santa Cruz. Tworzą go cztery ośrodki, rozsiane po różnych częściach miasta – każdy z nich ma swoje przeznaczenie i specyfikę. Oprócz dzieci mieszkających w ośrodkach docieraliśmy także do tych, którzy mieszkali w kanałach i pod mostami.
Charyzmat ks. Bosko w Boliwii – pomoc dzieciom ulicy
Spotykaliśmy dzieci już od 8. roku życia, których los zaprowadził na ulicę. Niestety, z powodu braku miejsc nie mogliśmy wszystkich przyjąć do ośrodków. Pozostawała pomoc na miejscu: lekarz lub pielęgniarka wraz z wolontariuszami codziennie wychodzili do nich z jedzeniem, ubraniami i lekarstwami. Niektórych kierowaliśmy na detoksykację do zaprzyjaźnionych szpitali i ośrodków.
Skrzywdzeni przez dorosłych, nieufni wobec świata – także wobec nas. Potrzeba było czasu, cierpliwości i obecności, by zrodziło się zaufanie. To właśnie tam najmocniej czułem ducha księdza Bosko. I jestem przekonany, że gdyby dziś był pośród nas, robiłby dokładnie to samo.


Historia jednego wychowanka
Pamiętam jednego chłopca, który trafił do naszego ośrodka: młody, zbuntowany, nieufający nikomu. Dopiero po długim czasie zrozumiał, że jest kochany i że może zmienić swoje życie.
Któregoś dnia zapukał do moich drzwi i zapytał czy możemy porozmawiać.
Opowiedział swoją historię: matka zginęła w wypadku samochodowym na jego oczach, potrącona przez pijanego kierowcę. Ojciec pogrążył się w alkoholizmie i narkomanii, zapominając o dzieciach. On i młodsza siostra, nie mając żadnego wsparcia wylądowali na ulicy, z ogromnym żalem do świata.
Na koniec powiedział:
„Tatko, teraz zrozumiałem, że są ludzie którym nie był obojętny mój los i chciałem podziękować wam salezjanom, że zastąpiliście moich rodziców”.
Ukończył szkołę państwową z wyróżnieniem, zajmując pierwsze miejsce. Podczas zakończenia roku szkolnego publicznie podziękował salezjanom, opowiadając swoją historię. Widziałem łzy w oczach wielu rodziców. Nie powiem, że ja też byłem wzruszony. Teraz jest na drugim roku studiów. Dla takich historii warto poświęcać czas i kochać, tak, jak robił to ksiądz Bosko.
Nowa misja – Montero
Od ponad roku posługuję w mieście Montero, liczącym około 200 tysięcy mieszkańców, w dzielnicy Muyurina. Salezjanie prowadzą tu całe miasteczko szkolne: od przedszkola, przez szkołę podstawową i średnią, aż po uniwersytet i Akademię Rolniczą. Jako dyrektor generalny mam to wszystko pod swoją opieką.
Czy jest ciężko? Być może.
Ale wszystko rekompensuje uśmiech dzieci i młodzieży.
Gdy przez kilka dni nie pojawiam się w którejś ze szkół, podbiegają do mnie i mówią:
– „Ojcze, dlaczego nie byłeś u nas wczoraj? Stęskniliśmy się.”
Pamiętam pierwsze dni – dystans, respekt. Wiedziałem, że tak nie może być. Bo salezjańska służba to bycie z nimi: słuchanie ich radości i problemów, cieszenie się z dobrych ocen i towarzyszenie w trudnych chwilach.
Pewno tak właśnie chciałby ksiądz Bosko.
Ks. Andrzej Borowiec
misjonarz w Montero, w Boliwii








