Zastanawiasz się, czy misje są dla Ciebie? Nie wiesz, jaki kraj wybrać? A może boisz się, że masz za małe umiejętności, żeby poradzić sobie na drugim końcu świata? Relacja księdza Mateusza Kopanieckiego, misjonarza z Moskwy, rozwieje wszystkie Twoje wątpliwości.

Ostatnio zastanawiałem się, jak to się naprawdę zaczęło. Skąd wzięła się w mojej głowie myśl o pracy na misjach. Przypomniałem sobie pewną rozmowę. To było w 2004 roku, jeszcze w seminarium. Poznałem młodego salezjanina, który przygotowywał się wtedy do wyjazdu na misje. To był ksiądz Józek Kamza. Obecnie doświadczony misjonarz, pracujący od wielu lat w Peru.

Przyznałem mu się, że wciąż się zastanawiam, czy moim charyzmatem są salezjanie, bo chciałbym jechać na misje. W odpowiedzi usłyszałem, że jeśli to pochodzi od Pana Boga, to tak się wszystko poukłada, że wyjadę. Jestem pewien, że ksiądz Józek nawet nie pamięta tej rozmowy, ale dla mnie miała ona ogromne znaczenie.

  1. Oczyść swoje motywacje

W moim przypadku rozeznawanie o wyjeździe trwało bardzo długo. Myślałem o tym od nowicjatu. Najpierw chciałem wyjechać do Brazylii. Byłem zachwycony opowieściami misjonarzy z Ameryki Południowej. Robiło to na mnie ogromne wrażenie. Był taki czas, że zachwyciłem się Afryką. Jako kleryk spędziłem kilka miesięcy na misji w Albanii. W Tiranie poznałem siostry Misjonarki Miłości, które utwierdziły mnie w moim pragnieniu pracy na misji.

Przez cały czas formacji w seminarium rozeznawałem drogę misyjną. Dużo modliłem się w tej intencji. Na pewno miałem na to wiele swoich, ludzkich pomysłów. Ale ponieważ ta droga trwała ponad 10 lat, miałem czas, aby oczyścić swoją motywację.

W maju przed święceniami na diakona zwróciłem się do głównego przełożonego z prośbą, abym po święceniach mógł wyjechać do pracy na placówce misyjnej. Wciąż próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Pan Bóg chce mnie na misjach.

Po święceniach rozmawiałem z ks. Inspektorem (przełożonym salezjanów). Zapytał mnie, czy myślę o konkretnym kraju. Ja odpowiedziałem, że chciałbym pójść tam, gdzie jest największa potrzeba. Wtedy nie miałem już w głowie żadnego atrakcyjnego miejsca, które dobrze wygląda na zdjęciach.

Zostałem posłany do Albanii. Cała organizacja mojego wyjazdu (zorganizowanie zgody wspólnoty w Tiranie, pozwolenia na wyjazd od ks. Inspektora tu w Polsce oraz zgody z prowincji, do której należy Albania) trwała może 48 godzin. To, że wszystko potoczyło się tak szybko i trafiłem akurat tam, odczytałem jako wolę Pana Boga.

  1. Naucz się cierpliwości

My, ludzie w dzisiejszych czasach, jesteśmy bardzo niecierpliwi. Chcielibyśmy wszystko na ,,już”. Kiedy pojawia się w naszym sercu pragnienie wyjazdu na misje, to chcemy je od razu zrealizować. Nie umiemy czekać. To jest tak, jak z naszym życiem duchowym. My chcielibyśmy wszystko od razu, a Pan Bóg prowadzi nas krok po kroku.

Jestem teraz we wspólnocie w Moskwie, w której współbracia są bardzo doświadczeni. Oni mi pokazują, że do wszystkiego dochodzi się małymi krokami. Krok po kroku. Uczą mnie bycia tu i teraz, podejścia do różnych wydarzeń ze spokojem. Bez presji. Oni to wypracowali na podstawie swojego wieloletniego doświadczenia.

Na razie nie mogę powiedzieć, że spełniam się, że praca wre, że angażuję się w posługę na misji całym sobą. Nie znam języka rosyjskiego. Dlatego moim pierwszym zadaniem jest najpierw poznawanie – języka, ludzi. Ostatnio ksiądz dyrektor pochwalił mnie, że przeczytałem dobrze dwa zdania w brewiarzu. Udało mi się to po trzech miesiącach nauki języka. Zaczynałem od nauki pisania liter w cyrylicy. Cierpliwość to jest coś, czego mi najbardziej brakuje. Pan Bóg chce mnie teraz tego nauczyć.

  1. Pozostaw wybór Panu Bogu

Z moim wyjazdem na misje jest zupełnie nie tak, jak sobie wyobrażałem czy zaplanowałem. Zupełnie inaczej. A jednak widzę, że to jest właśnie moje miejsce. Skąd ta pewność? Pamiętam moją rozmowę z polskim misjonarzem w Tiranie. Powiedział mi, że poznam swoje miejsce misyjne, po tym, że pojawi się pokój serca. Nawet jeśli praca i miejsce nie będą takie, jakie sobie zaplanowałem. Jeśli tam, gdzie mnie poślą w moim sercu pojawi się pokój, to mogę uznać, że to właśnie tu miałem trafić. Dokładnie tak jest z moją pracą w Moskwie.

  1. Przyznaj się do błędu

Jeśli nie czuje się pokoju w sercu, to trzeba mieć odwagę, aby się do tego przyznać. Nie zawsze dane miejsce może nam odpowiadać. Możemy nie czuć się gotowi do pracy akurat tam, gdzie nas posyłają. Czasem zamiast pokoju pojawia się strach. Trzeba umieć się do tego przyznać. Ważniejsze jest, aby stanąć w prawdzie, kiedy coś nas przerasta. To jest akt odwagi. Aby żyć w prawdzie pomimo konsekwencji, jakie mogą z tego wyniknąć.

  1. Nie bój się, że nie dasz rady

Jeszcze jedna rada dla wolontariuszy – jak Pan Bóg powołuje do czegoś człowieka, to daje wszystkie potrzebne łaski. On nas nie zostawi. Ja przyjechałem do Moskwy, mimo że nigdy wcześniej tu nie byłem. Nie znałem realiów tego miejsca, ani nikogo z tutejszej wspólnoty.

Co ciekawe, nigdy nie chciało mi się uczyć, a rosyjskiego uczę się z wielką chęcią. Jest to tak do mnie nie podobne, że zaczynam się o siebie niepokoić. Wbrew pozorom, mam pokój w sercu. Wiem, że to jest moje miejsce. Warto było tyle czasu rozeznawać i czekać na odpowiedź.

WOLONTARIAT - misje jechac czy nie

Krok po kroku

Podsumowując wszystkie rady: przed wyjazdem na misje najważniejsze jest rozeznanie, czy misje są dla mnie. Chodzi tutaj nie o rozeznanie pod kątem wyboru kraju misyjnego, a raczej poznanie swojej motywacji. Dlaczego tak naprawdę chcę wyjechać na misje? Czy chcę komuś zaimponować, coś sobie udowodnić? Czy raczej jadę na misje, bo czuję, że Pan Bóg mnie tam posyła? Odpowiedź na te pytania nie pojawi się bez szczerej modlitwy.

Kolejnym krokiem jest nauczenie się cierpliwości. Być może chcę wyjechać na misje, ale nie czuję się jeszcze gotowy na tak poważny krok? A może pojawiłem się w trakcie formacji i nie mogę wyjechać w tym roku? Jeśli moje pragnienie wyjazdu na misje pochodzi od Ducha Świętego, na wszystko przyjdzie czas.

Trzeci krok dotyczy wyboru kraju misyjnego. Oczywiście ważne są umiejętności, które pozwolą nam lepiej funkcjonować w danym regionie czy kraju. Każdy z nas ma też swoje preferencje kulturowe. Mimo to nie warto ograniczać się do wyboru konkretnej placówki. Pan Bóg sam najlepiej wie, gdzie nas posłać. Nawet jeśli nie będzie to kraj, który sobie wymarzyliśmy. Jeśli pojawi się pokój serca, to znaczy, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Czwarty krok to stawanie w prawdzie przed samym sobą. Być może będzie tak, że pod koniec formacji uznam, że nie dam rady wyjechać? Że misje to nie moja bajka? Ważne, aby nie bać się do tego przyznać.

W piątym kroku ważna jest świadomość, że ja jako człowiek mam swoje ograniczenia i słabości. Ale jeśli pozwolę Panu Bogu działać i będę ołówkiem w Jego ręku, wtedy otwieram się na nieograniczone możliwości.