To już trzy lata temu trwały ostatnie przygotowania do wyjazdu na wolontariat misyjny. Z wielką niewiadomą. Z otwartym sercem. Z ciekawością i niepewnością – jak będzie? Czy będę potrzebna? Czy zdobędę zaufanie, by ten czas był naprawdę dobry?
Pytań było wiele. Niewiadomych jeszcze więcej.
Ale serce podpowiadało jedno – to droga, którą chcę przejść. Droga, którą chcę przeżyć i podzielić się nią z tymi, którzy potrzebują wsparcia.
Dlaczego Afryka?
Nie wiem… Tak podpowiadało mi serce.
Moim domem na dwa miesiące stał się Sudan Południowy. Inny świat. Inna rzeczywistość. Inne tempo życia. Codzienność prosta, a jednocześnie wymagająca.
I siła kobiet. Niezwykła siła kobiet – uśmiechających się mimo trudu codzienności, a jednocześnie tak niesamowicie wspólnotowo tańczących. W rytmie, który łączy serca silniej niż słowa. Takiej siły wcześniej nie widziałam. I nigdy jej nie zapomnę.
Czasami wracam myślami – z wdzięcznością, z uśmiechem i z tęsknotą. Tęsknotą za tym, jak się tam czułam. Jak bardzo byłam obecna. Jak prawdziwie doświadczałam tego miejsca.
Jechałam, by pomagać.
A otrzymałam znacznie więcej, niż mogłam dać.
To, co ofiarowałam – swój czas, obecność, uśmiech, przytulenie, czułą uwagę i akceptację, która rodzi się z zaufania – było niczym w porównaniu z tym, jak zostałam obdarowana. Relacjami. Prostotą. Autentycznością. Wdzięcznością za małe rzeczy. Obecnością, która nie potrzebuje wielkich słów.
Bo kiedy pojawia się zaufanie, wszystko staje się prostsze i prawdziwsze.
Moja pomoc nie była spektakularna.
Ale byłam. Dla dzieci. Dla sióstr. Dla domu, który wspólnie tworzyliśmy.
Noszę w sobie twarze i historie osób, które stanęły na mojej drodze.
Aby naprawdę żyć, trzeba być.
Czasem trzeba wyjść ze strefy komfortu. Wyjechać w nieznane. Zaufać.
To, co wtedy przeżyłam, zostaje na zawsze.
Bezcenne.
Dziękuję
Marta Hnat
pracowała na misji w Tonj, w Sudanie Południowym







