Minął już pierwszy miesiąc mojej misji w Boliwii. Życie płynie tu inaczej, a każdy dzień przynosi coś nowego. To, co na początku wydawało się obce i zaskakujące, szybko stało się nową normalnością.

W Santa Cruz de la Sierra działają cztery placówki salezjańskie dla dzieci i młodzieży. Jedną z nich jest Mano Amiga, w której pracuję. To tymczasowy dom dla dzieci znajdujących się w sytuacji wysokiego ryzyka społecznego, w szczególności dla ofiar przemocy. Obecnie przebywa tu blisko 40 dzieci. Spośród czterech placówek jest to jedyna, która przyjmuje dziewczęta. Choć na co dzień jesteśmy podzieleni, w najważniejsze święta jesteśmy razem – jako jedna rodzina.

Podejście Boliwijczyków do życia znacznie różni się od naszego. Chyba codziennie słyszę tutaj stwierdzenie „no importa” czyli „to nieważne”, „nie ma znaczenia”. Pada przy wielu rzeczach – gdy coś się pobrudzi, zepsuje, gdy wbijemy zepsute jajko do masy na gofry itd. Postanowiłam więc zapytać jedną z dziewczynek, co dla niej jednak jest ważne. Najpierw odpowiedziała: ubranie. Gdy powiedziałam, że przecież jeśli je pobrudzi, na pewno powie „no importa”. Zastanowiła się chwilę i cicho dodała: „mój dom, tata, rodzeństwo”.

Choć dzieci mają za sobą bardzo trudną przeszłość, ich radość oraz sposób, w jaki mierzą się z codziennymi wyzwaniami, potrafią naprawdę zaskoczyć. Widać to także w relacjach między nimi – rodzeństwa dbają o siebie nawzajem, wspierają się i czuwają jedne nad drugimi. Starszy brat za swoje kieszonkowe zabiera trójkę rodzeństwa na lody, a najmłodszą siostrę bierze na plecy, gdy nie ma siły iść. Pięcioletnia dziewczynka sama upomina się o swoje lekarstwa, uważnie dopytując o godzinę, bo wie, że musi je przyjąć co osiem godzin.

Dzieci w Mano Amiga mają bardzo dobre warunki – nie brakuje im ubrań, codziennie otrzymują pięć posiłków, a w okresie świątecznym dostają mnóstwo prezentów. Jednak to, co dla nich najcenniejsze, to poświęcony im czas. Ogromną radość sprawiają im drobne rzeczy – choćby chwile, gdy mogę usiąść z nimi przy stoliku i wspólnie zjeść posiłek, pomóc w codziennych obowiązkach, zagrać w piłkę, zaśpiewać razem, przytulić czy wieczorem przykryć do snu.

Każdego dnia uczę się cierpliwości, uważnego słuchania i bycia „tu i teraz”. Są dni spokojne i proste, ale zdarzają się też takie, które zostają w głowie na długo i skłaniają do refleksji. Najbardziej poruszają mnie relacje: rozmowy, uśmiechy, małe gesty, które pokazują, jak niewiele czasem potrzeba. Coraz wyraźniej dostrzegam, że misja to nie tylko działania, ale przede wszystkim obecność – bycie z drugim człowiekiem.

Alicja Szewczyk
pracuje na misji w Santa Cruz, w Boliwii