Długo zastanawiałam się nad znaczeniem tego słowa. W Afryce oznacza ono po prostu „biały”. I tak właśnie jesteś tam postrzegany – jako ten, który przyjechał z zewnątrz. Gdy idziesz ulicą, ludzie często chcą się z tobą przywitać. Gościnność Zambijczyków jest niezwykła — serdeczna, otwarta, bezwarunkowa.
Początkowo jednak stajesz się pewnego rodzaju „atrakcją”, kimś, kto wzbudza ciekawość. Gdy pojawiasz się na wiosce, dzieci wołają cię z oddali. Czasem wydaje się, że chcą coś dostać — pieniądze, słodycze, kolorowe kredki. Takie sytuacje się zdarzają i bywają frustrujące. Masz wrażenie, że sprowadzono cię tylko do roli „dawcy prezentów”.
Z czasem jednak zaczynasz rozumieć, że te dzieci często nie mają innego sposobu, by zwrócić na siebie uwagę. Nie znają na początku twojego imienia, nie znają też twojego języka. Wołają więc „muzungu” — nie tyle z prośbą o rzeczy, ile z potrzebą obecności. Podbiegają, przytulają się, patrzą prosto w oczy. Bywają brudne, zapłakane, z bólem zapisanym w spojrzeniu — ale jednocześnie z uśmiechem, który mówi więcej niż słowa. Czasem są zawstydzone, wycofane. Może boją się, że znów ktoś je zignoruje, zostawi? Ty próbujesz odpowiedzieć coś w ich języku, choćby kilka słów, by zmniejszyć dystans.
Ale często najważniejsze, co możesz zrobić, to po prostu być. Być obok. Popatrzeć z uwagą. Uśmiechnąć się — bo uśmiech to najprostszy most między sercami. Dziecko potrzebuje przecież tak niewiele, by poczuć się zauważone, ważne, kochane. Zaczynasz rozumieć, że jesteś „tylko i aż” biały. Jesteś ,,tylko i aż’’ osobą, która zatrzymała się, dała trochę swojego czasu, swojej czułości, swojej obecności. Jesteś kimś, kto zauważył i odpowiedział miłością. Bo miłość nie ma limitów — nie potrzebuje języka czy tego samego koloru skóry. To twoja obecność staje się największą lekcją.
Bo chodzi tutaj o dzielenie się sobą — spojrzeniem, czasem, troską, rozmową. Dla wielu dzieci to więcej, niż można by pomyśleć. Bywa, że wychodzisz na samotny spacer, aby złapać oddech, a chwilę później towarzyszy ci trzydzieścioro dzieci. Niektóre z nich, dzięki temu spotkaniu, zaczynają przychodzić do oratorium. Inne już tam są, ale teraz patrzą na to miejsce inaczej. Uczycie się razem modlitw w ich języku, gracie w piłkę, biegacie. To wymaga czasu, cierpliwości, czułości. Ale potem widzisz, jak się zmieniają — powoli, ale wyraźnie. Widzisz, jak mimo trudnych doświadczeń mają w sobie dobre, choć zranione serca.
W takich momentach wiesz, że nie jesteś sam, że czuwa nad tobą Ktoś z góry. Bez Jego wsparcia wiele rzeczy byłoby po ludzku ponad siły. A jednak się dzieją. Dzieją się, kiedy jesteś. Niedoskonały. Niegotowy na wszystko. Ale obecny.
Klaudia Pielesiak,
pracuje w Mansie, w Zambii







