Mały Książę miał łatwiej, oswoił tylko jednego lisa. To jedna z myśli, które towarzyszyły mi w ostatnich dniach misji. Druga: ludzie, których tu poznaliśmy też mają łatwiej, tracą tylko dwie osoby, podczas gdy my, wolontariusze tracimy cały świat. Co prawda mam jeszcze drugi, ale przez ostatnie 10 miesięcy to Fianarantsoa była moim całym światem.

W jednej chwili wszystko się skończyło. Nie ma już śmiejących się, hałasujących, ani nawet płaczących dzieci. Nie jestem już niczyją poduszką, ani karuzelą, nie mam kogo nosić na rękach, czy na barana. Nie ma już spotkań ze zdolną, wspaniałą młodzieżą, lekcji angielskiego, karaoke, wspólnych gier i wypraw. Na ulicy już nikt mnie nie zaczepia, nie słyszę już wypowiedzianego na powitanie “salama”, nikt nie woła na mnie “vaza”, nawet gór na horyzoncie już nie ma. Zamiast tego wszystkiego jest głośna cisza, tak bardzo znajoma, bo to nie pierwszy raz kiedy tracę jakiś świat. Powrót z misji przypomina żałobę.

Powrót z misji to też złamane serce. Serce, które tęskni za miłością. Tak wiele jej tam otrzymałem, zupełnie za darmo. Od samego początku kilka dziewczynek patrzyło na mnie zakochanym wzrokiem, szukały mnie na przerwach. Nie potrzebowały dużo. Chciały tylko obecności, w zamian dając dużo troski i czułości. Gdy widziały na mojej twarzy zmęczenie, ściągały ze mnie inne dzieci, żebym mógł odpocząć. Podobno ojcowie dziewczynek żyją dłużej, doskonale rozumiem dlaczego. Mam wrażenie, że i ja jakieś pięć lat przy nich odmłodniałem. Po tej miłości została teraz pustka i wspomnienia.

Misję kończyłem powtarzając sobie, że jeszcze tam wrócę. Planując kolejną wyprawę w góry z młodzieżą. Śmiejąc się razem z dziećmi, że następnym razem, gdy się zobaczymy, będą już wysokie. Wyobrażając sobie, że wtedy przedstawię tych wszystkich moich przyjaciół swojej przyszłej żonie. Teraz coraz bardziej dociera do mnie, że wrócę nieprędko i już nie na tak długo.

Dosyć łatwo jest teraz to wszystko zagłuszyć. Uciec od trudnych emocji. Zająć się tym światem, w którym tak naprawdę niewiele się zmieniło. To trochę jak usiąść za kierownicą po 10 miesiącach przerwy. Odpalasz i jedziesz dalej. Ale ja nie chcę uciekać. Chcę pobyć w tej pustce, chcę przeżyć ten smutek, chcę sobie popłakać słuchając piosenek o rozstaniu. A przede wszystkim chcę wyciągnąć wnioski z tego wszystkiego co się wydarzyło. Bo mimo że jestem praktycznie w tym samym miejscu, w którym byłem przed wylotem, to w środku tak wiele się zmieniło. Mieliśmy okazję się o tym przekonać już na lotnisku w Etiopii, słuchając narzekań polskich turystów na wszystko, co dla nas było codziennością. Większość problemów stała się taka błaha i nieważna. Od Malgaszy nauczyłem się pytać, jeśli mi na czymś bardzo zależy, ale też ze spokojem i bez żalu przyjmować odmowę. Mieliśmy być dla nich przykładem wiary, ale tak naprawdę to ja od nich taki przykład dostałem. Nie tylko wiary, ale też dbania o własny rozwój, bo dla nich nauka jest przywilejem, a nie obowiązkiem. Mają świadomość, że otwiera im ona drogę do lepszej przyszłości. Odkryłem tam moje trzy nowe miłości: do tańca, do gór i do dzieci. Myślę, że największy wpływ na moje dalsze życie i może nawet karierę będzie miała ta trzecia.

Ale najważniejszą ze wszystkich była lekcja zaufania. Bóg pokazywał mi, że jest ze mną na każdym etapie tej drogi. Już na starcie, zaraz po powrocie z pierwszego spotkania formacyjnego dał mi dwa sny, które upewniły mnie że to jest właściwy kierunek dla mnie na teraz. Podczas formacji, przez świadectwa misjonarzy i poprzednich wolontariuszy często dawał mi do zrozumienia, że najważniejsza jest obecność, czyli coś co naturalnie mi wychodzi. Zaufałem Mu wtedy do tego stopnia, że nawet nie zadawałem sobie pytania, czy ja się na misję nadaję. Zaraz po przylocie odkryłem jak bardzo się nie nadaję. Jestem człowiekiem, któremu ciężko jest odnaleźć się w nowych sytuacjach. I mimo, że angielski znam bardzo dobrze to nie mam żadnego doświadczenia w nauczaniu, a w dodatku moja znajomość angielskiego jest bardziej intuicyjna i nie znam się za dobrze na gramatyce. Zupełnie nie wyobrażałem sobie uczyć angielskiego w szkole, mając w klasie 30-stu uczniów, z którymi nie mam żadnego wspólnego języka. Bez książek i bez żadnego planu. Ostatecznie nie podjąłem się tej roli. To był bardzo trudny dla mnie moment, ale i wtedy Bóg na swój sposób zapewniał mnie, że to jest moje miejsce na teraz. Na szczęście Bóg wysłał tam też Karolinę, która w przeciwieństwie do mnie doskonale odnalazła się w tej sytuacji. Jestem Mu bardzo za nią wdzięczny. Bo mimo, że nie mieliśmy jakiejś bliskiej relacji to wiedziałem, że zawsze mogę na nią liczyć i we wszystkim mogę jej zaufać. A przede wszystkim dzięki niej miałem świadomość, że mimo moich słabości, dzieciaki są w dobrych rękach. Mi z kolei Bóg dał uczniów, którzy angielski już znali bardzo dobrze i bardziej niż lekcji gramatyki potrzebowali po prostu ćwiczyć.

To zadanie też początkowo było trudne, ale powoli się w nim odnalazłem, a z czasem pomysły na lekcje same zaczęły przychodzić mi do głowy. Oprócz tego, zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami, duża część mojej misji polegała na obecności. Biorąc to wszystko pod uwagę, na pytanie, czy było warto, dziś bez wahania odpowiadam: tak. Ale kiedy ktoś pyta czy planuję to powtórzyć, odpowiadam, że raczej nie, bo misje chyba nie są dla mnie, nawet jeśli ta była. No chyba, że przyśni mi się coś jeszcze.

Patrząc wstecz myślę, że mogłem zrobić więcej. Mniej myśleć o sobie, więcej czasu poświęcać innym. Ale i w tym przypadku, chcę zaufać Bogu, że wyciągnie jakieś dobro z tego co dałem. Mimo, że to jest tak mało w porównaniu do wszystkiego co otrzymałem. Ufam też, że to co otrzymałem będzie owocować w moim dalszym życiu i może w ten sposób spłacę swój dług. Jestem ogromnie wdzięczny za ten cudowny czas.

 

Bartek Strukowski
pracował na misji w Fianarantsoa na Madagaskarze