Równo 2 tygodnie temu wróciłam z wolontariatu w Zambii. Jakaś część mnie wróciła, druga część tam została i nie chce jeszcze wracać. Nie chce, bo było mi tam bardzo dobrze. Jestem wdzięczna Bogu za wielką łaskę, jaką był ten czas.
Pracowałam w Ciloto, w domu dla chłopców ulicy. Największym darem, jaki otrzymałam, byli właśnie ci chłopcy i relacje z nimi. Była to również najtrudniejsza część mojej misji. Posługa w Afryce, była moim marzeniem od bardzo dawna. Wiedziałam, że otrzymam więcej dobra niż dam. I tak rzeczywiście było. Wiedziałam też, że będzie ciężko, ale nie myślałam, że aż tak. Tym co mnie trzymało w sile, była codzienna Eucharystia.
Codziennie o 6 rano zbieraliśmy się wszyscy w kaplicy, żeby zacząć dzień od Mszy Świętej. Wszyscy chłopcy, mimo wczesnej pory i różnych niechęci, modlili się każdego dnia. Wielu przyjmowało Komunię Świętą. Podczas śpiewu grali na bębnach, klaskali i tańczyli. Bardzo lubiłam te Msze Święte w takiej wspólnocie. Uczyłam się tam prosto i radośnie uwielbiać Boga.
.
Po śniadaniu część chłopaków szła do szkoły, a druga zostawała jeszcze w domu i wykonywała swoje obowiązki. Starałam się im w tym towarzyszyć. Najlepiej szło mi wtedy, gdy szłam do kuchni i pomagałam w przygotowaniu obiadu. Byłam pod dużym wrażeniem, jak chłopcy potrafili gotować na ogniu dla siedemdziesięciu osób. Ja tylko uczyłam się od nich tego, jak w młodym wieku można brać odpowiedzialność. Przed południem często szłam się modlić. Chłopcy widzieli, że idę z Pismem Świętym do kaplicy. Nierzadko szli za mną, chcieli w tym uczestniczyć, pytali, co czytam, i próbowali odczytywać polskie słowa z mojej Biblii. Czasami siedzieli ze mną w ciszy, czekając, aż skończę. Uczyłam się od nich tego, jak prosto można towarzyszyć innym.
Po obiedzie działy się różne rzeczy, w zależności od dnia tygodnia. W poniedziałki, kiedy było „Talent Discovery”, uczyłam się od nich, jak obdarowany jest każdy człowiek i jak ważna jest własna chęć rozwijania swoich talentów. We wtorki, które były czasem na gry planszowe, uczyłam się tego, jak najprostsze aktywności mogą cieszyć, kiedy dobierze się do nich odpowiednie nastawienie. Moją ulubioną grą było granie z chłopakami w „orzeł czy reszka” (ten, kto odgadnie, przejmuje monetę). Chłopaki z Ciloto nie mają tak znudzonych głów jak nasze, dlatego potrafią bawić się i angażować w proste aktywności, jakby były najciekawszą zabawą na świecie. Tak samo wykładanie kart w Dobble było najlepszym elementem zabawy, a nie samo odgadywanie.
W środy uczyłam się prostoty życia, kiedy chłopcy ręcznie prali wszystkie swoje ubrania. W czwartki spędzałam cały dzień w „Ciloto 2”. To dom, do którego chłopcy trafiają prosto z ulicy. Po kilkumiesięcznej socjalizacji są włączani do głównej wspólnoty. I tam, wbrew pozorom, odpoczywałam najlepiej. Tam potrafiłam być najbardziej sobą. Chłopcy, którzy tam byli, mimo świeżych i trudnych historii, byli niesamowici. Uczyłam się od nich wdzięczności za proste rzeczy.
W piątki miałam dzień wolny. Najczęściej wychodziłam do miasta. Uczyłam się wtedy, jak otwartym można być na drugiego człowieka. Zambijczycy, których spotykałam, przyjmowali mnie z niesamowitym ciepłem i prostotą. Najczęściej już pod wieczór tęskniłam za chłopakami.
.
Szczególnie w ostatnich miesiącach misji bardzo cieszyłam się, kiedy widziałam ich ponownie na piątkowym różańcu. W soboty chłopcy uczyli mnie wartości wspólnej pracy i wspólnego odpoczynku. Najcenniejsze były dla mnie chwile, kiedy wychodziliśmy na różne prace – na przykład na farmę, gdzie sadziliśmy kukurydzę i soję, nosiliśmy kartony z ryżem z kontenera albo skrobaliśmy ryby z łusek. Przy tej pracy chłopcy byli bardzo radośni i wytrwali. Nierzadko mieli dużo więcej siły niż ja. Po pracy uwielbiali oglądać filmy, za które byłam odpowiedzialna. To uczyło mnie, że w życiu potrzebny jest balans. Raz oglądaliśmy Jackiego Chana, raz „Auta”, a innym razem „Pasję”.
.
W niedzielę rano szliśmy do kościoła. Dzień płynął spokojnie, a po południu odbywało się najlepsze oratorium w tygodniu. Wtedy mecze piłki nożnej były najważniejszym wydarzeniem. Podczas gry chłopcy uczyli mnie, jak być obecnym i zaangażowanym tu i teraz oraz jak wielką radość przynosi ruch.
..
Mogłabym długo opowiadać o tym, czego nauczyli mnie chłopcy. Dziś postanowiłam jednak prześledzić nasz tygodniowy rytm życia. To wszystko mogłam otrzymać, ponieważ dawali mi samych siebie w relacji. A oni sami są cennym skarbem. Niczego więcej mi nie było trzeba. Dla nich byłam w stanie przetrwać największe trudy misji, których nie brakowało.
Jestem bardzo wdzięczna Bogu za łaskę posługi w Ciloto. Bóg, powołując mnie na misję, ukochał mnie tam bardzo mocno. Teraz uświadamiam sobie, że dużo ciężej jest wrócić z misji, niż na nią pojechać.
.
Kasia Więcek,
pracowała na misji w Makululu w Zambii










