Nazywam się Grzegorz, choć bliscy mówią mi Grześ. Nie ukrywam, że nawet to lubię i wcale mi to nie przeszkadza.

 

Do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego trafiłem trochę z przypadku, nie był to mój plan, ani marzenie. Złożyło się na to kilka spraw, kilka znajomości… Kiedyś ktoś wspomniał, że jest coś takiego jak “Misja”, no i trafiłem tutaj. Co prawda nie byłem sam (przyjechała ze mną żona – Dominika, która zresztą już była na misjach w Zambii kilka lat temu), ale było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, i dlatego na początku formacji czułem się trochę nieswojo. Szybko jednak serdeczność i otwartość ludzi przekonała mnie, że mogę czuć się w tym środowisku bezpiecznie. No i tak zaczęliśmy tę wspólną przygodę!

 

Początek był trudny, bo poświęcenie jednego weekendu raz w miesiącu okazało się nie lada wyzwaniem. Połączenie wyjazdów z pracą i życiem codziennym nie sprzyjało wypoczynkowi (dopiero później dotarło do mnie, że można to potraktować jako formę przygotowania na trudności, które kiedyś mogą nadejść w najmniej spodziewanym momencie). Trzymali nas jednak ludzie, do których chcieliśmy wrócić, spędzić z nimi jeszcze trochę czasu (bo dobrego czasu nigdy za wiele). Przy okazji zdobywaliśmy cenną wiedzę na temat charyzmatu księdza Bosko, tego jak wygląda praca na placówkach w dalekich krajach, do których możemy zostać posłani i mogliśmy dobrze zjeść (bo salezjanie zawsze mają świetne jedzenie!). I tak mijały dni, potem tygodnie, a finalnie miesiące.

 

Choć wielokrotnie chcieliśmy już rezygnować, to zawsze było coś co nam w rezygnacji przeszkodziło. Tak właśnie Pan Bóg zadziałał w naszym życiu – metodą małych kroczków najpierw zaprosił do czegoś co wydawało się pomysłem zupełnie absurdalnym, a potem stopniowo rozkochiwał w sobie, ludziach i samym miejscu, które stało się dla nas nowym domem (bo dom to miejsce w którym czujemy się bezpiecznie i zawsze możemy do niego wrócić). Finalnie, nie udało nam się zrezygnować…

 

Za dwa dni odbędzie się posłanie, a ja wciąż nie jestem pewny swojej decyzji, nie mam pewności czy wybraliśmy właściwie (wolontariat w Kongo od września do grudnia – decyzja oczywiście należała do nas tylko częściowo). Ale może warto zaakceptować taki stan rzeczy, może nie wszystko musi być dokładnie zaplanowane i zrealizowane według określonego grafiku. W całym tym niepoukładaniu mam jednak w sercu ogromny pokój, bo wiem, że wszystko czego doświadczyłem przez te 10 miesięcy jest jedną z piękniejszych przygód w moim życiu, a jej owoce pozostaną ze mną na bardzo długo.

 

W tym miejscu muszę podziękować wszystkim ludziom, którzy przyczyniają się do tego cudownego dzieła. Robicie naprawdę dobrą robotę!

 

Czasami mam wrażenie, że to co zaplanował dla mnie Bóg jest znacznie lepsze od tego co sam mógłbym sobie zaplanować.

Grześ Duda
uczestnik tegorocznej formacji Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco