Chociaż w Peru mamy teraz wakacje, to ostatni miesiąc w domu księdza Bosko w Limie upłynął nam bardzo pracowicie.

Od poniedziałku do soboty włącznie chłopcy mają różne zajęcia oraz warsztaty: od matematyki i języka hiszpańskiego, przez informatykę i angielski, po naukę gry na gitarze i peruwiańskiej piszczałce (samponii). Nie można też zapomnieć o nauce peruwiańskich tańców ludowych oraz obowiązkowym sporcie każdego popołudnia.

By to wszystko było możliwe, każdy z członków naszego niewielkiego zespołu ma przydzielone swoje zadanie. Mi przypadło prowadzenie zajęć z informatyki oraz korepetycji z matematyki. Od razu muszę powiedzieć, że nie jest to łatwe – i to nie tylko ze względu na język wykładowy (hiszpański). Mając bowiem do dyspozycji jedynie kilkanaście działających komputerów (na cały dom), z których niektóre pracują na systemie Windows 7 i nie mają aktywnej licencji, nie lada wyzwaniem jest przygotowanie czegoś potrzebnego oraz interesującego, a jednocześnie takiego, co dwie dwudziestoosobowe grupy są w stanie wykonać w ciągu godziny lekcyjnej. Szczerze mówiąc, czasami nawet zastanawiam się, czy w takich warunkach moje zajęcia w ogóle mają sens.

Gdy tak sobie ostatnio myślałem, widać Bóg postanowił sprawić mi mały prezencik. Otóż przyszedł do mnie jeden z najmłodszych chłopców w domu, który przyjechał do nas na początku stycznia. Miał do przebycia niemałą drogę, ponieważ wyruszał z amazońskiej dżungli – kilka przesiadek i wiele autobusów, aby po kilkudziesięciu godzinach podróży dotrzeć do Limy. I ten właśnie chłopiec, o wdzięcznym imieniu Angliber, zapytał mnie, czy mógłbym przygotować dla niego dodatkowe lekcje informatyki, ponieważ chce w przyszłości studiować ją na uniwersytecie. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech od ucha do ucha i pomyślałem sobie, że Bóg musi mieć spore poczucie humoru.

Jędrzej Kozak,
pracuje na misji w Limie, w Peru