Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – w Polsce to bardzo ważny moment dla każdego z nas, czas zwolnienia i refleksji. A w Sierra Leone? Gdyby nie cały dzień spędzony nad lepieniem pierogów i zapach barszczu z proszku to nie wiem, czy w ogóle poczułabym “święta”. Tutaj czas nie zwolnił, a wręcz przeciwnie – przyspieszył. Nim się obejrzałam przywitaliśmy 2026 rok! Tutaj tradycyjnie Mszą świętą i ogniskiem, podczas którego paliliśmy kukłę reprezentującą stary rok. Wszystko w towarzystwie śpiewów i tańców.
Chwilę przed świętami trafiła do nas mała dziewczynka, nazwijmy ją Anabel, pobita tak, że nie mogła otworzyć jednego oka. Jak tylko jej stan zaczął się poprawiać można było zauważyć, że jest agresywna. Chciała się bić ze wszystkimi – nic dziwnego po tym, czego doświadczyła. Ze wszystkimi… tylko nie ze mną. Niezależnie od tego, czy byłam w szpitalu, na oratorium, czy podczas wspólnej modlitwy, zawsze bez słowa podchodziła do mnie, przytulała się albo siadała na kolanach.
Niedawno podczas oratorium grupa dziewczyn z Girls’ Shelter podeszła do mnie i powiedziały, że Anabel wróciła do domu. We mnie pojawił się smutek – nie zdążyłam się z nią pożegnać. Chwilę później pomyślałam jednak, że to bardzo samolubne z mojej strony. Dziewczynka wróciła do domu, gdzie ktoś z bliskich na nią czekał, a to przecież dla niej najlepsze.
Don Bosco Fambul to nie dom dziecka, lecz ośrodek terapeutyczny. Dzieci trafiają tu “na chwilę”. Dla jednych będzie to miesiąc, dla innych rok. W tym czasie dzieci otrzymują dach nad głową, wyżywienie, ubrania, edukację lub naukę zawodu, pomoc medyczną oraz zajęcia terapeutyczne, takie jak terapia tańcem, muzyką, śpiewem, terapię psychomotoryczną, czy spotkania z psychologiem. W tym samym czasie pracownicy socjalni szukają dla dzieci odpowiednich domów. Czasem wracają one do rodziców, czasem dziadków lub dalszych krewnych w zależności od sytuacji.
Miałam okazję uczestniczyć w powrocie do domów 11 chłopców. Wspólnie pojechaliśmy do ich rodzin. Zobaczyłam ogromną radość na twarzach bliskich, ale też skrajną biedę, z którą mierzą się każdego dnia. To, co dla nas jest nie do pomyślenia, dla nich jest codziennością: brak dostępu do prądu i bieżącej wody, czy jedno wspólne pomieszczenie dla całej rodziny i zwierząt gospodarczych. Czasem właśnie z powodu tej biedy dzieci zostają pozostawione same sobie. Don Bosco Fambul wspiera je także po powrocie do domów, m.in. opłacając im edukację.
Na początku roku zostaliśmy zaproszeni przez chrześcijańską organizację na tzw. outreach, czyli wyjazd do lokalnych społeczności, do wiosek, z pomocą medyczną. Moim zadaniem było przyjmowanie pacjentów, m.in. z nadciśnieniem, malarią, ale trafiali się także poszkodowani po wypadkach. Starszy pacjent, ledwo chodzący opowiadał mi, że 2 tygodnie wcześniej miał wypadek na motorze. Jeszcze zanim zobaczyłam rany, czułam zapach sączących się pod ubraniem ran. Gdy je odsłonił, nie wiedziałam co powiedzieć. Zapytałam “Dlaczego nie pojechał Pan do szpitala?”. Odpowiedź była jedna: “Pieniądze”.
Chcąc mu pomóc dostałam tylko, a może aż wodę utlenioną i watę. Jak się domyślacie nie mogłam zrobić wiele. Oczyściłam rany, podałam antybiotyk i powiedziałam, że jeżeli nie pojedzie do szpitala, straci obie nogi. Podobnych pacjentów było więcej i za każdym razem powodem niepodjęcia leczenia szpitalnego był brak pieniędzy.
Jeszcze jedna historia na koniec. Niedawno trafił do nas chłopiec, który oskarżony o kradzież został przez swojego wujka powieszony za ręce i nogi na całą noc. Byłam przerażona, widząc jedną rękę mocno opuchniętą, do tego chłodniejszą i bez wyczuwalnego pulsu. Przed oczami miałam najgorszy scenariusz – jeśli nic nie zrobimy 15-letni chłopiec może “stracić” dłoń. Następnego dnia opuchlizna ustąpiła i puls był już wyczuwalny, ale mimo to zdecydowaliśmy się pojechać do innego szpitala, by pogłębić diagnostykę. Jak chłopiec czuje się teraz? W tym tygodniu rozpoczyna fizjoterapię, by odzyskać pełną sprawność ruchową. A poza tym, jak na 15-latka przystało miewa swoje złości, ale każdego dnia uśmiecha się od ucha do ucha.
Domyślam się, że historie, które opisuję nie należą do najłatwiejszych. Tak jednak wygląda codzienność moich pacjentów tutaj. Wiedzcie jednak, że choć żyją w biedzie, bez wody i prądu, to z ogromną wdzięcznością, której my moglibyśmy się od nich nauczyć. Dla nich dobrze przespana noc jest powodem do radości, a dla nas czymś, nad czym się nawet nie zastanawiamy.
Michalina Karnicka
pracuje na misji w Don Bosco Fambul, Sierra Leone
















