Na pierwszym zdjęciu – pożegnanie z moją klasą 3C.
Przez trzy miesiące byłam ich nauczycielką angielskiego. Uczyłam ich gramatyki, nowych słówek, piosenek. Na przerwach pomagałam w pracy domowej. Czasem rozdzielałam bijących się chłopaków (prawdę mówiąc – nie tylko chłopaków).
Na drugim zdjęciu Tsaga. Dziewczynka z Oratorium, która w pierwszym miesiącu po moim przyjeździe nie mówiła ani słowa po angielsku. Po trzech miesiącach tłumaczyła innym dzieciom to, co mówiłam.
Nie mam filmiku, gdy mężczyźni (a czasem niestety także kobiety) krzyczeli za mną niecenzuralne słowa na ulicy. Nie mam zdjęcia, gdy prowadziłam sama zajęcia w klasie 6A i na 50 uczniów słuchało mnie może czterech. Gdy jeden z uczniów podał mi kij, żebym uderzyła w stół (albo w innych uczniów – nie wiem), a wieczorem ze zmęczenia i bezsilności płakałam.
Na zdjęciach zazwyczaj zobaczycie uśmiechnięte twarze i relacje z pozytywnych wydarzeń. Ale rzeczywistość bywa różna. Nie zawsze jest kolorowo. Jednego dnia masz dużo energii i pozytywne nastawienie. Innego czujesz, że nic nie zrobiłaś i twoja praca nie ma sensu.
Zastanawiałam się, czy do owocnej pracy potrzebna jest szczególna motywacja i poczucie, że jest się potrzebnym. Chyba gdyby zawsze tak było, nikt nie byłby w stanie pracować.
Wyjechałam z Etiopii po trzech miesiącach i nie wiem, kiedy wrócę. Nie wiem, czy moja obecność coś zmieniła, a nawet jeśli tak, to być może wszystko wróci do punktu wyjścia.
Nie wiem, czy zobaczę owoce mojej pracy, ale mam taką myśl, że to nie jest w życiu najważniejsze. Ważne jest to, żeby starać się dobrze żyć, pomagać – nawet jeśli nikt nie powie „dziękuję”.
Może inni nie zauważą twojej pracy, ale Tata w Niebie widzi. I wierzę, że jest dumny.
Tyle wystarczy.
Dorota Trochimiak
pracowała na misji w Zway, w Etiopii













