Salezjanie i salezjanki pozostali w Ukrainie mimo wojny, prowadząc szkoły, domy i oratoria, by chronić dzieci, młodzież i rodziny. Ich działania obejmują Korostyszew, Żytomierz, Kijów, Lwów czy Odessę. To codzienny front, na którym stawiają czoła nie tylko zagrożeniu wojennemu, ale też traumie, stratom i rozdzielonym rodzinom.

 

W Korostyszowie życie toczy się wokół parafii i domu salezjańskiego. To tam dzieci przychodzą odrabiać lekcje, bawić się, ale też po prostu pobyć w miejscu, gdzie ktoś na nie czeka. W Żytomierzu działa natomiast salezjańska szkoła, która choć w cieniu alarmów i zagrożenia, pozostała otwarta.

Ks. Andrzej Policht powiedział nam, że największą troską salezjanów jest towarzyszenie młodym w codzienności, która w czasie wojny jest szczególnie wymagająca. Ważne jest, aby dzieci miały miejsce, gdzie mogą uczyć się, rozwijać i czuć się bezpiecznie. Wielu dorosłych straciło poczucie stabilności. A dzieci, jeśli nie mają struktury dnia, relacji, zajęć, zaczynają zamykać się w sobie. Dlatego szkoła i oratorium to dziś coś więcej niż edukacja. To terapia. To szansa, by zachować normalność. „Dzieci przychodzą do szkoły, bawią się, uczą, tak jakby oddychają normalnością, możemy powiedzieć, że jesteśmy taką wyspą tej normalności na tym nienormalnym oceanie wojny” – dodaje salezjanin.

S. Anna Zajączkowska, pracująca w Kijowie, mówi: „Codzienność jest pełna niepewności. Alarmy, przerwy w dostawie prądu, zagrożenie dla bezpieczeństwa rodzin. Staramy się jednak utrzymać rytm zajęć dla dzieci, bo to daje im poczucie stabilności. Mamy specjalny program wsparcia dla dzieci, które doznały traumy w wyniku wojny. Organizujemy również grupy modlitewne i spotkania wspólnotowe, które pozwalają ludziom zachować spokój ducha i poczucie wspólnoty”.

O tym, jak ważna jest obecność duszpasterzy, mówił także bp Witalij Krywicki z Kijowa, który podkreślał, że bycie z ludźmi w tych warunkach jest formą świadectwa i solidarności. On wraz z księżmi z diecezji zostali, bo ludzie muszą wiedzieć, że nie są sami. Wojna niszczy wiele, ale jeśli człowiek ma kogoś obok, łatwiej przetrwać.

Dyrektorka szkoły salezjańskiej w Żytomierzu, Maria Lewczenko, opisuje codzienność w placówce: „Kiedy trwa alarm, dzieci są w ukryciu. Mamy generator i rezerwy wody, a szkoła działa jak wspólnota – dzieci, rodzice i nauczyciele wspólnie rozwiązują problemy. Staramy się, aby dzieci czuły się bezpiecznie, mogły uczyć się i rozwijać pomimo wojny.” Wielu nauczycieli i wychowawców pracuje mimo własnych lęków i strat. Wspierają dzieci, które wracają do szkoły po ewakuacji, po śmierci bliskich, po miesiącach spędzonych w piwnicach.

S. Jolanta Lisak, pracująca we Lwowie, mówi: „Organizujemy rekolekcje, grupy teatralne, odwiedzamy rannych żołnierzy w szpitalach oraz pomagamy rodzinom wielodzietnym i dzieciom chorym. Staramy się, aby dzieci i młodzież czuły się tu bezpieczne, mogły rozwijać swoje talenty, edukować się, modlić i uczestniczyć w różnych inicjatywach. Dzięki wsparciu z zewnątrz możemy prowadzić zajęcia edukacyjne, warsztaty artystyczne i pomoc socjalną. Nasz dom działa jako most opatrzności Bożej, przekazując pomoc przychodzącą z różnych krajów Europy i świata.

Nie ma tu wielkich słów ani heroicznych gestów. Jest codzienność. Lekcje. Rozmowy. Piłka nożna. Msza w niewielkim kościele. Wspólny obiad. Salezjanie i salezjanki tworzą więc miejsca, które chronią dzieci nie tylko przed bombami, ale też przed traumą. To codzienny front, gdzie wojna nie odbiera możliwości normalnego życia.

To dla nas bardzo konkretna lekcja – normalność też może być formą pomocy.

Kto już widział nasz film „Wyspa normalności”, ten pewnie rozpozna te miejsca. A kto jeszcze nie – bardzo polecamy.