Różne oblicza Kenii

Kenia to duży zróżnicowany pod wieloma względami kraj wschodnioafrykański. To dawna kolonia brytyjska i niemiecka, wywalczyła sobie niepodległość w 1963 roku. Pomimo największej w Afryce różnorodności etnicznej i kulturowej (ponad 30 rozmaitych grup plemiennych o odrębnej kulturze i języku) nie cierpiała na większe niż w innych krajach afrykańskich wojny wewnętrzne. Kenijczycy raczej potrafili się organizować w partie polityczne i w ten sposób wpływać na losy swego kraju.
Ta prawie 50 mln społeczność porozumiewa się w ponad 40 rozmaitych dialektach i językach. Przyjęto dwa języki wspólne jako urzędowe: suahili i angielski. Kenia to kraj ludzi młodych i ambitnych, którzy, skupieni w ośrodkach miejskich kształtują wizerunek swego kraju.

Kenia rzeczywiście rozwija się dynamicznie. Jednak jest jeszcze inne oblicze tego kraju. Kilkanaście dużych miast i sporo mniejszych leży głównie w południowej części kraju. W miastach żyje około 30% ludności, w tym całkiem sporo ludzi biednych mieszka na ich obrzeżach. Ponad 70% ludności żyje jakby w innym świecie. Im dalej od stolicy kraju, tym mniejsze zainteresowanie władz centralnych, mniejsze nakłady na lokalny rozwój, za to większe przywiązanie do tradycyjnego życia według praw swego plemienia. To właśnie tam, w odległych małych osadach, jeszcze dziś, choć już wbrew prawu i sekretnie, dokonuje się okrutnego obrzezania dziewczynek. To dość drastyczny przykład, ale pokazuje dobrze, jak różne oblicza są w dzisiejszej Kenii. Na południu żyje się łatwiej. Klimat, dostęp do oceanu i jeziora Wiktoria, rzeki sprawiają, że ziemie są nawodnione, a parki otwarte dla turystów przyciągają dużą ich liczbę. Na północy od równika wkracza się w zupełnie inną rzeczywistość. Ten obszar nazywany jest Kenię B.

Dom plemienia Gabra

W rejonie Keni B na mapach zaznaczone są tam tylko dwa większe miasta, które zawdzięczają swój rozwój wybudowaniu nowoczesnej asfaltowej drogi A2. Łączy ona granicę z Etiopią z Mombasą na południu Kenii. To, co się stało, po wybudowaniu tej drogi pokazuje, jak bardzo kluczowa dla życia mieszkańców jest komunikacja i transport. Jak szybko w następstwie wybudowania drogi, powstają nowe osiedla, rozkwita handel, dostęp do edukacji i innych rzeczy. Jednak na zachód od tej drogi, w kierunku jeziora Turkana znajduje się obszar ponad 100 tys. km2 pustyni Chalbi. Częściowo jest ona dnem wyschniętego przed tysiącami lat jeziora. Ta część pustyni jest kamienista lub gliniasta, mocno zasolona, więc woda zbierająca się w porze deszczowej jest słona i zanieczyszczona. Inne części pustyni są piaszczyste, z rozległymi, nieprzebytymi wydmami. Nieliczne oazy, choć dostarczają sporo zieleni, nie dysponują bezpiecznymi ujęciami wody pitnej, raczej jest to zebrana w sadzawkach deszczówka, z której korzystają zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Pustynia Chalbi, choć tak nieprzyjazna dla życia, jest przecież zamieszkała, przynajmniej na obrzeżach i wokół oaz przez klany rodzinne z plemienia Gabra. Choć obszar ten jest zapomniany przez ludzi, czyli władze centralne, a także lokalne, nie jest zapomniany przez Boga. To właśnie tam, w sercu pustyni działają placówki misyjne – w North Horr i Kalacha. Do obydwu ośrodków prowadzą lokalne drogi, bynajmniej nie asfaltowe, jedyne w tym regionie, które niejako kończą się w tych miejscach. North Horr jest większe, ma duże ujęcia źródlanej wody, dwie szkoły, ośrodek zdrowia z apteką, oraz salezjańską placówkę misyjną. To tam od 1965 roku działa jedyna w owym czasie w całym regionie katolicka szkoła podstawowa. W prowadzonych przez ośrodki szkołach, dzieci pustyni uczą się nie tylko czytania i pisania, lecz także zaradności i radzenia sobie w różnych sytuacjach.
North Horr jest niejako stolicą pustyni Chalbi i pasterskiego plemienia Gabra, zamieszkującego ten obszar. Jego bogactwem są wielbłądy, owce, kozy i bydło rogate. Wypasem stad zajmują się mężczyźni, a także dzieci, jeśli stado pasie się nieopodal osady. Pory sucha i deszczowa decydują o ruchu stada, przemieszczaniu się w poszukiwaniu odpowiednich pastwisk, czasem też decydują one o przeniesieniu się całej osady w inne miejsce. Trudne warunki życia sprawiają, że członkowie klanu żyją w ścisłej współpracy, dbając o siebie nawzajem. Jedną z dewiz funkcjonowania życia plemiennego jest powiedzenie: „biedak jest wstydem dla całego plemienia”. Tożsamość plemienna i prawo stanowione przez tradycję i starszyznę plemienną są najważniejsze. Z nią się nie dyskutuje, od jej decyzji nie ma odwołania. Starsi mężczyźni wypracowali twarde zasady bycia pasterzem w zależności od wieku i doświadczenia, ich rolą jest nie tylko prowadzenie stad na pastwiska i do wodopoju, a także ochrona stada przed chorobami, atakami zwierząt, a przede wszystkim ochrona przed kradzieżą bydła, co jest istną plagą w tym regionie. Stado jest jedynym bogactwem klanu, źródłem pożywienia (mleka) i pożywieniem (mięsa), chyba dlatego kradzieże bydła są nagminne i ochrona przed złodziejami jest dużym wyzwaniem szczególnie dla młodych mężczyzn–pasterzy. Walki między klanami o bydło pociągają za sobą liczne ofiary śmiertelne. Szczególnie wśród młodych, są nieustającym źródłem niepokojów i poczucia zagrożenia. Młode wdowy, samotne kobiety z małymi dziećmi to całkiem powszechne zjawisko wśród mieszkańców pustyni.
Wydaje się, że mieszkańcy pustyni Chalbi są wystawieni na trzy rodzaje zagrożenia – brak wody, napady rabunkowe i bezwzględne prawo plemienne. Prawo plemienne, które mimo dbałości o interesy swej wspólnoty, potrafi być okrutne dla swoich członków i z różnych przyczyn definitywnie wykluczyć z plemienia, pozbawiając tym samym środków do życia i ochrony. Wykluczenie nie jest marginalnym zjawiskiem, skoro nieopodal osad, na obrzeżach większych skupisk istnieją osady wykluczonych, którzy łączą się w grupy w celu przetrwania.

Potrzebna dobra pomoc

Czy ten region Kenii ma szansę na lepszą przyszłość? Z pewnością tak. Pozostaje tylko kwestia ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. I nie chodzi tylko o nakłady finansowe, tak potrzebne i oczekiwane. North Horr jest okręgiem wyborczym, jest też dużą częścią prowincji, której stolica — Marsabit, dzięki poprowadzonej przez nią wspomnianej wyżej drodze północ — południe przeżywa dynamiczny rozwój. Rozwój ten jest przyczyną i skutkiem zarazem napływających ze stolicy i od prywatnego biznesu funduszy.
Jeśli chodzi o okręg North Horr, trudno nazwać go atrakcyjnym dla inwestorów. Nie jest też w centrum uwagi władz lokalnych z Marsabit, które nieustannie skarżą się na zbyt słabe zaangażowanie władz centralnych w ich potrzeby i plany rozwojowe. Dziś realia są takie, że ta część Kenii jest skazana na siebie i może liczyć jedynie na niewystarczającą przecież pomoc organizacji pozarządowych. A ich zdaniem, w tym rejonie trzeba zacząć od elementarnej pomocy humanitarnej, zanim zacznie się myśleć o jakichkolwiek zmianach. Trudno jest przekonać członków i starszyznę plemienną o zmianach, jeśli ich jedyną troską jest codzienne pożywienie i woda niezbędne, by przetrwać kolejny dzień oraz kolejną porę suchą. Tymczasem nawet dostarczenie i dystrybucja wody pociąga za sobą konieczność edukacji. Na przykład ludzie pobierający wodę do spożycia nie mogą korzystać z tego samego miejsca, co zwierzęta, które rozdeptują i zanieczyszczają okolice zbiornika wodnego. A tak było od zawsze. Dostarczanie wody sprawia też, że staje się ona towarem, a nie czymś absolutnie naturalnym danym jednakowo ludziom i zwierzętom. Tak więc nie obejdzie się bez zmian w stylu życia mieszkańców pustynnego okręgu North Horr. Ciekawe, że tych zmian domagają się kobiety i one są bardziej na nie otwarte. Pewnie dlatego, że to na nich spoczywa obowiązek zadbania o codzienne przetrwanie, one cierpią z powodu nieobecności mężczyzn w osadzie, więc zainteresowane są żywotnie w takich zmianach. Dzięki takim zmianom może zakończyć się wyprowadzanie stad w odległe miejsca, żeby znaleźć pastwiska i wodę. Może też zakończą się kradzież bydła i towarzyszące im walki, podczas których giną ludzie. Dziś kobiety plemienia Gabra chętniej współpracują z organizacjami pomocowymi i podkreślają, że dla lepszego życia przede wszystkim potrzebny jest spokój i zgoda, tak samo, jak woda. Wydaje się, że elementarna pomoc humanitarna połączona z edukacją, jaką niosą głównie placówki misyjne w tym rejonie, może wpłynąć na świadomość mieszkańców pustyni i powoli zmienić ich rzeczywistość ich własnymi rękami. Choć z pewnością proces ten jest powolny, to jednak bardziej naturalny, więc wydaje się właściwszy.
Tymczasem na ten obszar patrzą też prywatni inwestorzy, koncerny zagraniczne, które z pewnością są bardziej zainteresowane szybkim bogaceniem się niż dobrem lokalnej społeczności.
Pustynia Chalbi leży na potencjalnym szlaku turystycznym, od międzynarodowej trasy A2 w kierunku jeziora Turkana, wokół którego już powstały parki i rezerwaty z myślą nie tylko o ochronie przyrody, także, a może przede wszystkim z myślą o interesie turystycznym. Już oferuje się w internecie pustynne safari, trasy wokół jeziora, raj np. dla miłośników ptactwa wodnego. Czy ludzie pustyni mogą na tym skorzystać? I tak, i nie. Z jednej strony budowa porządnej drogi to poprawa bezpieczeństwa podróżowania. Dotychczas ludzie przemieszczają się powoli w karawanach zawsze narażonych na zbójnickie napady. Droga to również nieuchronny, wieloaspektowy rozwój terenu wokół tej drogi. Z drugiej strony taki rozwój i gwałtowne zmiany nigdy nie odbywają się z poszanowaniem praw i tradycyjnego życia miejscowej ludności. To jest raczej żywiołowy rozwój, rządzący się prawem silniejszego. Poza tym organizacja parków i ogrodzenie terenów wokół jeziora ogranicza dostęp do tego cennego ujęcia wody pasterzom z plemienia Gabra. To śmiertelne zagrożeniem dla nich i ich stad w coraz intensywniejszych i dłuższych porach suchych. Problem szybko okazał się tak poważny, że aktualnie zezwala się na przepędzenie stada przez park do wodopoju, ale nie ma zgody na wypas i pozostawanie w obrębie parku na dłużej. Nowa rzeczywistość prawdopodobnie przynosi komuś wymierne korzyści, ale na pewno nie są to rdzenni mieszkańcy pustyni
Innym problemem Kenii B, choć niezupełnie dotyczy on pustyni Chalbi, raczej terenów bardziej na wschód, jest centralna polityka rządowa ochrony przyrody lekceważąca realia życiowe plemion pasterskich. Z jakichś przyczyn uznano, że pasterstwo wędrowne uprawiane od wieków w tych rejonach jest szkodliwe dla środowiska. W imię ochrony przyrody zaczęto ograniczać tereny, po których mogą poruszać się pasterze i ich stada. Ponadto przypisywanie grupy plemiennej do określonego terenu stoi w sprzeczności z filozofią koczowniczego życia, z poczuciem godności i wolności. Nie mówiąc o tym, że najlepsze połacie ziemi stają się czyjąś biznesową własnością.

Niepewność jutra

Przypuszczalnie nie ma idealnego rozwiązania dla koczowniczych plemion pustynnych i dla terenów, które zamieszkują. Choć zmiany, może nie te najbardziej pożądane, już się rozpoczynają. Istnieją bowiem plany poprowadzenia szlaku komunikacyjnego, przesyłowego dla energii elektrycznej, gazu od granicy Etiopii wzdłuż jeziora Turkana na południe Kenii. Co z pewnością nie pozostanie bez wpływu na życie miejscowej ludności. Problem w tym, by ta ludność została do tych zmian jakoś przygotowana, by mogła w tym procesie rozwojowym, choć w pewnym stopniu decydować o sobie.
Działalność placówek misyjnych i pomocowych organizacji pozarządowych wydaje się najbardziej trafiona. Przede wszystkim dlatego, że wspierając lokalną ludność w zabezpieczeniu podstawowego bytu, daje jej nadzieję, motywację i siły do wprowadzania zmian na jej miarę i według jej wyobrażenia. Bez narzucania obcych koncepcji i tempa rozwoju.

Ewa Dąbrowska

Źródła:

https://www.youtube.com/watch?v=JkwDbdS30iE

https://www.youtube.com/watch?v=hsvTFTlCBHI

https://www.culturalsurvival.org/publications/cultural-survival-quarterly/gabra

https://journals.openedition.org/eastafrica/291

http://www.kenyanews.go.ke/category/county/marsabit/

https://www.youtube.com/watch?v=9EPR4yTUoNA

https://www.youtube.com/watch?v=ZdWhvkV03pk

https://www.kirkonulkomaanapu.