Iciloto w języku bemba znaczy sen lub marzenie. Ksiądz Michał Wziętek, misjonarz w Zambii miał marzenie. Marzył, by wybudować dom dla dzieci z Makululu – dzielnicy slumsów w Kabwe. Sen się spełnił. Powstał pierwszy dom dziecka Iciloto, a w planach jest budowa kolejnych.

Co Ksiądz czuje, kiedy patrzy na Iciloto i sen, który się spełnia? Budowa kolejnych domów i szkoły powoli się realizuje.

Przede wszystkim jest to ogromna radość dla mnie, innych księży i ludzi, którzy tam mieszkają. Szczególnie dzieci. Cieszymy się, że w tym miejscu, gdzie tak bardzo potrzebna jest szkoła i sierociniec, powstaje cały kompleks. Oprócz radości czuję wielką wdzięczność wobec Pana Boga i Wspomożycielki Wiernych. Kiedy pierwszy raz przyszedłem na to miejsce, oddałem to wszystko Matce Bożej. Powiedziałem jej: „Matko Boża to jest Twoje miejsce, jeśli chcesz, żeby coś tu powstało, to pomóż”. Wygląda na to, że Maryja chce.

Jak wygląda obecnie Iciloto?

Obecnie w Iciloto mamy od roku sierociniec. Mieszka w nim 16 chłopców. Jest szkoła, w której dwie klasy są wykończone i jedna jest w stanie surowym. Mamy też do dyspozycji jedno zadaszone miejsce. Do szkoły chodzi ponad 500 dzieci. Pracuje 10 nauczycielek. Jest oratorium, które działa codziennie. To się dzieje, tu i teraz. Bardzo mało, ale jednocześnie bardzo dużo, gdy pomyślimy, że jeszcze rok temu była tu tylko łąka.

Czy chłopcy, którzy zamieszkają w Iciloto się zmieniają?

Poruszająca i pouczająca jest historia Henriego. Gdy przyszedł do nas, mieliśmy z nim bardzo duży problem. Bardzo często zaczynał płakać i robił się agresywny. Nie wiadomo z jakich powodów, nikt nie znał jego przeszłości. Stanowił zagrożenie dla innych dzieci. Wiele razy chcieliśmy go odesłać. Po miesiącach pobytu widać, jak bardzo się zmienił. Wybuchy płaczu są coraz rzadsze, a przede wszystkim nie są już połączone z agresją. Nie trzeba się go bać. Pobyt w Iciloto zmienił Henriego. To jest przykład, że warto zaryzykować i nie odsyłać chłopców, którzy na początku sprawiają bardzo duże problemy. Henri robi postępy każdego dnia.

A jak funkcjonuje szkoła? Kto może się tam uczyć?

Od początku chcieliśmy, żeby to było szkoła dla dzieci, które nigdy nie rozpoczęły edukacji, mających ponad 10 lat, ale nie więcej niż 16. Szczególnie dla tych, które mieszkają na ulicy. W domu nie są akceptowane, brakuje jedzenie, a na szkołę ich nie stać. Wtedy ulica jest dla nich „szansą”. Nasza szkoła jest właśnie dla takich dzieci. Cieszymy się, że jest wypełniona po brzegi.
Przychodzą do nas regularnie, uczą się, robią postępy. Dzieci, które jeszcze rok temu nie umiały czytać i pisać, teraz nadrabiają zaległości. Miały 12, 14, 16 lat i dopiero zaczynają się uczyć. Obecnie niektóre z nich mogą chodzić do szkoły państwowej, zdawać egzaminy i kontynuować edukację. Dzieci chcą się uczyć. Jednocześnie nauczyciele, których mamy, starają się z całych sił. Są to w pewnym sensie wolontariusze. Z sercem podchodzą do uczenia tych dzieci. Dzięki temu widać efekty.

Czy pamięta Ksiądz coś, co najbardziej Księdza poruszyło?

Jeden dzień szczególnie wpisał się w życie naszego domu i moje. Wiele razy jeżdżę do miasta i zawsze tam spotykam chłopców, którzy są na ulicy i tam spędzają większość swojego czasu. Nigdy nie przychodzę obojętnie, zawsze staram się zapytać, dlaczego tutaj są, dlaczego nie chodzą do szkoły, czy przyszliby do szkoły Iciloto. Niektórzy przychodzą, inni nie. Wtedy staramy się kontynuować relację, aby dowiedzieć się, dlaczego nie przyszli.
Pewnego dnia trzech chłopców wskoczyło na mój samochód, który jest dość znany w Kabwe i nie chcieli z niego zejść. Powiedzieli: „Ksiądz nie może nas tutaj zostawić”. Zabrałem ich do Iciloto. Próbowaliśmy wymyśleć, co z nimi zrobić. W domu dziecka było tylko jedno rezerwowe miejsce, na przypadki nagłe i pilne. Miało być dla chłopców, którzy potrzebują kilku noclegów. Patrząc na tych trzech, wiedzieliśmy, że musimy wybrać tego, który najbardziej tego potrzebuje.
Wybraliśmy Davisa, którego sytuacja rodzinna była najcięższa. Czasami nocował w domu, ale tam zawsze był bity przez mamę. To on miał zapewnić całej rodzinie jedzenie. Normalnie to matka dba o dom, wysyła dzieci do szkoły. W przypadku Davisa to na niego spadł ten obowiązek. Bardzo chciał się uczyć, ale nie miał możliwości. Gdy dowiedział się, że może zamieszkać w Iciloto, bardzo się ucieszył. Radość było widać w jego oczach. Już od pierwszego dnia pobytu zmieniło się jego nastawienie do życia. Nie mam przy sobie jego aktualnego zdjęcia, ale nawet na zdjęciach widać, że jest teraz bardzo szczęśliwym chłopcem.

Dziękujemy Księdzu za tą wspaniałą pracę i rozmowę. Czy chciałby Ksiądz jeszcze coś dodać?

Tak. Proszę o modlitwę, by Bóg za pośrednictwem Matki Bożej kontynuował to dzieło. Bo jeżeli to jest dzieło Boże, to będzie się rozwijać.

 

Obecnie prowadzimy zbiórkę wspólnie z Grodziskiem Mazowieckim. Szczegóły na stronie: http://misjesalezjanie.pl/projekt-539-grodzisk-dla-afryki/